… hipotezy … pasożyt,wróg czy przyjaciel …

 

Co Cię nie zabije to Cię wzmocni. Nie jestem lekarzem, nie jestem biologiem. Hipotezy w moich artykułach są pokłosiem mojej wieloletniej praktyki zielarskiej.

Słowo pasożyt kojarzone jest wyłącznie negatywnie jako coś, co nam zagraża, działa wyłącznie na naszą szkodę, wyniszcza nasz organizm. Nie zawsze, nie do końca jest to prawda.

 Czy organizm może wykorzystywać zewnętrzne pasożyty w wojnie biologicznej ze znacznie groźniejszymi pasożytami wewnątrzkomórkowymi?

Może, i robi to znacznie częściej niż nam się zdaje.

Jak wielkie problemy ma nasza komórka, nasz organizm, że układ odpornościowy musi pozwolić na obecność pasożyta!? Ile błędów żywieniowych, a nade wszystko leczniczych musimy popełnić, aby pasożyt mógł konsumować i żyć w naszym ciele. Jakie zakażenia wewnątrzkomórkowe są podłożem żywieniowym dla glisty? Jakie dla owsika?

Czy pasożyt musi nas zabić? Wcale nie musi. Z szeregu doniesień, jak również z mojej praktyki wynika, że pasożyt może działać wręcz na naszą korzyść. Może pozwolić uniknąć procesu nowotworowego zjadając komórki quasi nowotworowe. Może pozwolić nam przeżyć wiosnę bez duszenia się.

Najogólniejszy podział

 

  • pasożyty zewnętrzne
  • pasożyty wewnętrzne

Do pasożytów zewnętrznych możemy zaliczyć: pijawki, kleszcze, komary, gzy, wszy i inne.

Do pasożytów wewnętrznych możemy zaliczyć: glistę, owsiki, tasiemca, lamblie, toxocarozę, toksoplazmozę i oczywiście wszelkie bakterie, wirusy i grzyby.

Takim największym, najbardziej znanym pasożytem jest pijawka lekarska. Jest to fascynujący organizm. O jego skuteczności i powszechności stosowania świadczy fakt prawie całkowitego wytrzebienia pijawek lekarskich. Coraz trudniej o pijawkę lekarską. A warto po nią sięgnąć. Przy pomocy pijawki można dokonać cudownej operacji bez skalpela. Pijawka bezboleśnie nacina skórę /później po tym nacięciu ślad jest minimalny/ wpuszcza różne substancje między innymi hirudynę, która, rozpuszcza konglomeraty krwi będące siedliskiem zakażeń, a potem wysysa tę krew. Tylko chorą krew.

Pijawka nie rzuca się na każdego potencjalnego żywiciela. Jest wybredna, wybiera odpowiedniego właściciela, wybiera odpowiednią tkankę odpowiednie miejsce. Wysysa tylko taką krew, która jej biologicznie odpowiada.

Kleszcz też nie zacznie się pożywiać każdym osobnikiem. Kleszcz wybiera swojego żywiciela. To małe stworzenie, nawet kilka dni może spacerować po naszym i szukać odpowiadającej mu tkanki. To nie jest losowa konsumpcja. Boleria, której nosicielem, może być kleszcz też nie wprowadzi się byle gdzie.

Pasożyty są wybredne, nawet w łagrach, obozach koncentracyjnych nie wszyscy byli zawszeni. Wszy nie chciały krwi tego człowieka, a może układ odpornościowy nie pozwolił na zasiedlenie. Te dwie opcje zawsze wchodzą w grę.

Wszystkie pasożyty dokonują selekcji wśród potencjalnych żywicieli.

Nasz układ odpornościowy też dokonuje selekcji. 

Nasz organizm też ma w tym swój interes i nie zabija wroga. Pasożyt może wyjadać toksyny lub przerabiać je na związki, które łatwiej zutylizować. Pasożyt może wyżerać komórki quasi nowotworowe, nowotworowe i bakterie, czyli to wszystko, czego chce się pozbyć nasz układ odpornościowy. To nasz organizm wyłączając barierę biologiczną pozwala im na zasiedlenie się i wykorzystuje właściwości terapeutyczne pasożytów.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem,to układ odpornościowy wykorzysta pracę pasożyta,a jak będzie zbędny to go i jego jaja wydali

Dziś na nowo odkrywamy to, co cały czas funkcjonowało w przyrodzie.

Larwy muchy plujki wykorzystuje się w leczeniu gnijących ran. Larwy te pożerają zainfekowaną tkankę, dezynfekują ją amoniakiem zawartym w odchodach, jednocześnie wydzielają substancje uśmierzające ból. W Afryce ludzie całymi latami żyli z larwami na ranach. „Dbający „ o ich dobro lekarze czyścili te rany i dezynfekowali środkami chemicznymi. Okazało się, że ci ludzie „uratowani” zaczęli umierać. Czyżby larwy robiły coś więcej niż dezynfekcja, usunięcie martwej tkanki i jednoczesne znieczulenie? Może wyjadały komórki quasi nowotworowe i nowotworowe.

U ludzi południa problemy ze skórą są powszechne. Nowotwory nie.

Współcześnie zaczyna się doszukiwać zależności, które zna każdy pasożyt.

Włosogłówka świńska wykorzystywana jest w leczeniu wrzodziejącego zapalenia jelita. Pacjentom podaje się jaja pasożyta w postaci koktajlu do wypicia.Podejmowane są próby leczenia alergii, astmy przez zasiedlenie organizmu glistą. Duszności przy tej terapii, podobno, ustępują.

Rzęsistki mogą pożerać krwinki, mogą żywić się plemnikami. Może te krwinki trzeba zabić by nie pozwolić im na gwałtowny, nowotworowy podział? Dlaczego nasz mądry układ odpornościowy pozwala pożerać plemniki? Czy to nasz system wpuścił tę paskudę, bo zawiodły inne metody genetycznego czyszczenia DNA? Wykorzystanie pasożytów dowodzi, że problem mamy poważny. Wpuszczenie pasożyta to desperacja układu odpornościowego.

Skąd się bierze wielka erupcja rzęsistka przy rozwoju nowotworu złośliwego?

Dlaczego glista znajduje się w mózgu? Co robi tasiemiec w guzie pod kolanem?

Te i inne przykłady dowodzą, że rola pasożytów w naszym organizmie jest nie do końca znana i zbadana.

Czy takie pasożytnicze terapie  mogą doprowadzić do totalnego zniszczenia organizmu? Mogą, bo współczesny człowiek ma zrujnowany układ odpornościowy i wiele przeróżnych zakażeń, na bazie, których wprowadził się ten widoczny często gołym okiem lokator. Brak wsparcia, brak składników, które układ odpornościowy mógłby wykorzystać, aby rozprawić się z problemem pierwotnym, czyli genetycznym zakażeniem bakteryjnym, nakręca spiralę zakażeń. Mamy coraz więcej i więcej obcych bytów. To, co miało nam pomóc, co miało na chwilkę zamieszkać w nas stać się może naszym śmiertelnym wrogiem.

To są złożone zależności.

UKŁAD ODPORNOŚCIOWY PÓKI MOŻE TO ROZWÓJ PASOŻYTÓW TRZYMA W RYZACH.

  Nasz organizm nigdy nie powinien być siedliskiem dla pasożytów, jeśli nim się staje to może się źle dla nas skończyć. System wybiera mniejsze zło. Wybiera pasożyty.

Pasożyty mogą być wszędzie, o ile będą miały optymalne warunki. Mogą zasiedlić mózg, stawy, mogą być w płucach, w macicy, w prostacie. Dosłownie wszędzie, jeśli cały nasz organizm będzie się nadawał do konsumpcji. Może się okazać, że z naszego oka, pępka, z innych miejsc wypełzają robaki.

Taki scenariusz jest możliwy. Jeśli zasiedlimy kompletnie zrujnowany biologicznie organizm (wyłączony program genetycznego leczenia) pasożytem, to ten pasożyt może nas zabić.

Biorąc powyższe pod uwagę należy inaczej spojrzeć na specjalne zakażenie lambliami, glistami, owsikami, rzęsistkiem itd. Te eksperymentalne terapie na astmę czy wrzodziejące jelito mogą dobić nasz, ledwo żywy, organizm.

Wykorzystanie pasożytów może być częścią strategicznego planu działania układu odpornościowego naszego organizmu. W poszczególnych przypadkach te lub inne pasożyty (również bakterie, wirusy i grzyby) były po prostu potrzebne do produkcji określonych substancji chemicznych, usuwania chorych komórek, wspomagania organizmu w przywracaniu zdrowia.

Dostatecznie silny układ odpornościowy wpuszcza, wykorzystuje i wydala pasożyty po osiągnięciu pozytywnego efektu zdrowotnego.

Układ odpornościowy wykonuje genetyczny program leczenia. Realizuje program czyszczenia DNA.  Im głębsze, obejmujące ważne struktury organizmu, jest genetyczne zakażenie bakteryjne tym „cięższe” drobnoustroje i większe pasożyty trzeba wykorzystywać.

Program genetycznego leczenia może okazać się zabójczy dla naszego organizmu. Wtedy i tylko wtedy, gdy nie pomożemy naturalnymi środkami borykającemu się z problemem systemowi limfatycznemu.

Glisty, owsiki, tasiemiec i inne paskudy mogą rozmnażać się w ściśle określonych warunkach. Jeśli nasze wnętrze będzie coraz lepsze dla ich rozwoju to nas zjedzą.

Przestaną być naszym niewolnikiem i służyć w jakimś czasie i w ściśle określonym celu. My staniemy się ich ofiarą.

Proces ten bardzo przypomina rozwój nowotworów złośliwych. Dziesiątki lat układ odpornościowyystem limfatyczny kombinuje by nie dopuścić do ich wzrostu. Trzyma w ryzach rozmnażanie się pasożytów. Nie dopuszcza do ekspansji nowotworowej komórek nowotworowych, włącza tyle przeróżnych systemów ratunkowych, aby nas uratować przed rakiem.

  Jeśli przekroczymy próg niemożności jego działania wtedy włącza się program genetycznego zniszczenia. I mamy ekspansję pasożyta, a w tragicznej wersji nowotworu.

W wielu przypadkach, wyniki badań nie są odzwierciedleniem faktycznego stanu. Mamy pasożyty, a wynik jest negatywny. Dzieje się tak, dlatego, że system limfatyczny trzyma ich namnażanie na uwięzi. Jeśli badanie jest przeprowadzone w czasie zerowego wydalania toksyn i jaj to wynik będzie czysty.Skuteczność badania kału to 10-20%, metoda serologiczna-poziom przeciwciał- w późnych stadiach to 50-60%. Dzieje się tak, dlatego, że system limfatyczny bardzo długo utrzymuje kontrolę nad namnażaniem się pasożytów.

Zgrzytanie zębami i rozszerzone źrenice są oznaką, że nasz organizm uległ silnej toksykacji.

Jeśli nie używamy narkotyków to możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć infekcję pasożytniczą.

Rozmnażanie pasożyta jest ograniczone tylko do niezbędnego minimum.

Dlaczego jednemu zakażeniu pasożytniczemu towarzyszą inne.?

Włosogłówka lubi towarzystwo owsików, tasiemca albo glisty.

Wszystkie większe pasożyty bytują tam gdzie wcześniej znalazły się mniejsze pasożyty.

Samo zabijanie, trucie nie jest działaniem skutecznym. Trzeba zmienić środowisko.

Dlaczego stosujemy środek trujący lamblie, a one po jakimś czasie wciąż wracają? Na dodatek po tym truciu lamblii sami jesteśmy bardziej struci. To jest błędne koło.

W przyrodzie jest zachowana hierarchia, czyli porządek.

Silniejszy system limfatyczny wydala pasożyta, gdy on jest już zbędny.

Słaby system limfatyczny może mieć trudności z wydaleniem pasożyta, nawet wtedy, gdy już jest zbędny. Wtedy musimy wkroczyć z naturalnymi terapiami wspomagającymi organizm, zmieniającymi środowisko biologiczne.

Bez naszej interwencji pasożyty mogą zniszczyć nasz ustrój.

Stosowanie środków chemicznych zwalczających pasożyty degraduje środowisko biologiczne gospodarza. Naturalne metody pozwalają na usuwanie pasożyta z jednoczesną regeneracją organizmu gospodarza.

Pasożyt może być naszym sprzymierzeńcem w przywracaniu zdrowia. Niech tylko nasze działania będą zawsze pro zdrowotne.

Odpowiednia podaż niezbędnych składników pokarmowych: soli mineralnych, witamin, naturalnych antybiotyków pozwoli małymi krokami podnieść się systemowi limfatycznemu do uporządkowania, oczyszczenia naszego ciała. Musimy wiedzieć, jakie metody stosować! Liczenie na to, że wszystko pójdzie łatwo jest naiwne. Żeby się przestawić na naturalne metody trzeba je poznać, zrozumieć i zaakceptować. To nie jest, przy dzisiejszym stanie zdrowia takie proste, co nie znaczy, że nie mamy próbować.

Zwykła higiena wystarczy.

Przestańmy myśleć, że super higieniczne warunki obronią nas przed infekcją pasożytniczą. W przyrodzie, na klamkach, na pieniądzach, na owocach, dosłownie wszędzie są jaja pasożytów. Czy jesteśmy w stanie wysterylizować świat? Nie, na szczęście dla nas. Nie znaczy to, że brud ma nam towarzyszyć.

Zachowanie higieny nie przestaje obowiązywać. Należy myć owoce. Należy myć siebie, ale nie wpadać w pułapkę higieniczności. Niektórzy, obsesyjnie boją się robaków nie wiedząc, że one buszują w ich organizmie. Nie bójmy się podać ręki, co zdarza się coraz częściej. Takie myślenie i działanie nie uchroni nas przed tym, czego tak się obawiamy.

Kontakt ze światem buduje naszą odporność. Tylko ona jest gwarantem naszego zdrowia.

Jak sobie pomóc?

Należy jeść produkty, które źle służą pasożytom, a nam przeciwnie.

Czosnek, cebula, marchew, pestki z dyni, migdały, grejpfruty, solone śledzie, kiszona kapusta i inne kiszonki powinny być częstym gościem na naszym stole. Pasożyty nie lubią też pieprzu, papryki, kminku, imbiru i innych przypraw. One usprawniają funkcje wydzielnicze, enzymatyczne naszego organizm. One uszkadzają system nerwowy pasożytów, utrudniają im rozmnażanie.

Czy my lubimy prawdziwe przyprawy? Dlaczego wybieramy „przyprawy” polepszające smak, barwę produktu i jego zapach? Jak łatwo ulegamy reklamom?

„NIE OBEJDZIESZ SIĘ BEZ NASZEJ KOSTKI JAK JEJ SPRÓBUJESZ!”

Dlaczego używamy soli warzonej, soli pozbawionej śladowych mikroelementów? Kłodawa produkuje taką nie oczyszczoną sól, sól morska też jest dobra.

Cukier, cukier, wszędzie i do wszystkiego. Karmmy nasz organizm, a nie naszych niepotrzebnych lokatorów.

Jeśli mamy pasożyty to musimy pomóc systemowi limfatycznemu.

Należy zacząć jeść produkty, które zawierają niezbędne składniki pokarmowe. Korzystać ze słońca, powietrza i ruchu. To jest konieczność.

Oprócz w/w możemy sobie pomóc stosując:

Lewatywy

Jeśli już mamy większy problem z pasożytami to można robić, co kilka dni lewatywę:

1-2 litry ciepłej wody,

4-8 ząbków czosnku, zmiażdżyć, wymoczyć ok. ½ godz., odcedzić,

4-8 łyżeczek jogurtu lub preparat z bakteriami kwasu mlekowego.

Lewatywę najlepiej jest robić w wannie, odpada stres przed zabrudzeniem.

Najlepiej wykorzystać do tego celu irygator lub postawić garnek z preparatem wyżej niż nasze pośladki. Klęknąć w wannie i głowę skłonić nisko. W tej pozycji włożyć rureczkę irygatora do odbytu i otworzyć zaworek. Ciecz wprowadzać wolno i starać się ją utrzymać w jelicie dłuższą chwilę.

Lewatywy należy powtarzać przez długi czas. Najlepiej, co kilka dni w pierwszym okresie, po kilku tygodniach od czasu do czasu. Może to trwać wiele miesięcy, bo erupcje pasożytów są zależne od tempa czyszczenia organizmu.

Z mikstury do lewatywy odlać trochę i robić z tego wilgotny, pod folią kompres na brzuch.

Wskazane jest wypicie ½ szklanki w/w mikstury.

Można stosować czopki propolisowe.

Można stosować inne naturalne środki wspomagające system limfatyczny.

Naturalne metody są toksyczne dla pasożyta i nieszkodliwe dla naszej komórki.

Związki siarki, jodu, cynku -20%, zawarte w czosnku, cebuli, gorczycy i innych produktach są wykorzystywane perfekcyjnie przez system limfatyczny. Dajmy mu szansę.

Maria Ulmed

Wydałam książkę „Ze znachorskiej praktyki”

/         ulmed              eioba.pl         /

… pytanie … odpowiedź …

 

Eksperci radzą;

mgr  Iza Czajka      fizjolog żywienia

Czy to jest prawda, że gęsi smalec obniża poziom złego cholesterolu i czy były robione jakiekolwiek badania związane z tym zagadnieniem?

Witaj Heleno! Rzeczywiście mięso i tłuszcz gęsi mogą być polecane jako źródło jednonienasyconych kwasów tłuszczowych, które posiadają zdolności obniżania poziomu cholesterolu. Jest wiele stron internetowych farmerów i restauratorów francuskich i angielskich (www.goosefat.co.uk), którzy zachwalają wartości odżywcze i zdrowotne gęsi (niestety, w posiadanych przeze mnie podręcznikach dietetycznych, nie ma opisu walorów zdrowotnych tłuszczów i mięsa gęsiego, ani badań potwierdzających ich szczególne własności).

Według Anglików najsmaczniejsze danie to pieczone ziemniaki ze smalcem gęsim. Wątpię, aby, danie to miało szczególne walory obniżające poziom cholesterolu.

Wszelka obróbka termiczna: pieczenie, smażenie, będzie zmieniać strukturę chemiczną kwasów tłuszczowych wielo- i jednonienasyconych, co jest szkodliwe dla zdrowia. Odpada smażenie na smalcu gęsim. Musisz też pamiętać, że w dietetyce wszelka przesada jest niezdrowa, a nadmiar w diecie nawet najzdrowszych kwasów tłuszczowych jest szkodliwy i może prowadzić do chorób cywilizacyjnych: otyłości nadciśnienia i niestety miażdżycy.

Zdrowa dieta to dieta urozmaicona zawierająca określoną dla wieku, wzrostu, aktywności ilość kalorii, tłuszczów, białek, węglowodanów, błonnika, witamin, minerałów. Zachęcam więc, aby od czasu do czasu pozwolić sobie na pieczone mięso gęsi. Jest ono znacznie zasobniejsze w żelazo niż mięso kurczaka.

/             poradnikzdrowie.pl          /

 

… przestań … a zacznij :-)

… zdrowie :-)

Biały ser, ryby, warzywa to zdrowe składniki, które powinny się znaleźć w każdej diecie. Jednak w połączeniu z pewnymi produktami, również bogatymi w substancje odżywcze, mogą stać się bezwartościowe albo, co gorsza, szkodliwe. Poznaj niekorzystne połączenia potraw, których lepiej unikać.

Nasze zdrowie i uroda zależą w 70 proc. od tego, co jemy. „Jeśli twoja dieta jest źle skomponowana, kupując drogie leki i kosmetyki, wyrzucasz pieniądze w błoto” – twierdzi amerykański dietetyk Marco Paulini. Lekarze i kosmetyczki potwierdzają tę opinię. Wiemy też, że brak w codziennym menu witamin oraz mikro- i makroelementów jest powodem wielu chorób, w tym nowotworowych.

Dlatego tak ważna jest wiedza o żywieniu, m.in. o tym, że pewne produkty służą naszemu zdrowiu i urodzie, inne zaś nie. Warto także znać zasady doboru poszczególnych składników, z który powstaje pełnowartościowa potrawa. Niektóre produkty oddziałują na siebie niekorzystnie i mimo że każdy z osobna służy zdrowiu i jest polecany przez lekarzy, to połączone ze sobą w jednej potrawie stają się bezwartościowe.

Szkodliwe połączenia: ogórek + pomidor = utrata witaminy C

Ogórek zawiera minimalne ilości witamin, minerałów i… kalorii. Można więc objadać się nim bezkarnie. Nie stanowi on zagrożenia ani dla wątroby, ani dla figury. Na pozór – idealny składnik sałatek. A jednak tak nie jest! Wszystko za sprawą jednego z jego specyficznych składników – askorbinazy, enzymu utleniającego witaminę C. Łyżeczka soku z ogórków zniszczy całą witaminę C w 3 litrach soku z pomidorów. Kilka plasterków ogórka, dodanych do sałatki z pomidorów, papryki i natki pietruszki (bogactwo witaminy C), pozbawi całą sałatkę tej witaminy. Dietetycy radzą: ogórki jadaj, ale bez innych warzyw.

Tego nie rób

Tego nie rób

Unikaj tych połączeń

  • Kiwi + żelatyna
    Owoc zawiera związek, który rozkłada kolagen, a żelatyna składa się głównie z kolagenu. Dlatego galaretka z kiwi nigdy się nie zetnie. By unieszkodliwić ten związek, kiwi należy sparzyć.
  • Czosnek + drożdże
    Czosnek to zabójca bakterii, wirusów i grzybów. Nawet niewielki jego dodatek do ciasta z drożdżami (grzybami) sprawia, że takie ciasto nie wyrośnie. By nadać ciastu nutę czosnkową, lepiej po upieczeniu np. posmarować je ząbkiem czosnku.
  • Herbata z cytryną? Lepiej bez!
    W liściach herbacianych znajduje się wiele cennych składników chroniących przed rakiem czy udarem mózgu. Cytryna natomiast jest bogatym źródłem witaminy C. Połączenie tych dwóch składników powinno dawać eliksir zdrowia. Tymczasem jest odwrotnie. Listki herbaty zawierają sporo glinu, który oskarżany jest o powodowanie zmian w mózgu (choroba Alzheimera). W naparze z herbaty występuje on w formie nieprzyswajalnej dla organizmu. Można więc pić herbatę bez lęku o zdrowie. Dodatek soku z cytryny powoduje, że nieprzyswajalny glin zmienia się w łatwo wchłaniany cytrynian glinu. Dlatego lepiej unikać picia mocnej herbaty z dużą ilością soku z cytryny.
  • Grzyby nie lubią alkoholu
    Popularne powiedzenie mówi: „wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz”. Myli się ten, kto sądzi, że chodzi tu tylko o muchomory i inne trujące gatunki. Jedząc smażone czy duszone grzyby jadalne również można trafić do szpitala, zwłaszcza gdy grzybowe danie popijemy winem, piwem czy wódką. Alkohol ścina bowiem specyficzną odmianę białka grzybów, które stają się niestrawne. Powoduje to poważne kłopoty trawienne, ale nie prowadzi do ciężkich powikłań. Te zdarzają się, kiedy zje się czernidłaka pospolitego. Ten jadalny i bardzo smaczny grzyb zawiera korynę – toksynę blokującą rozkład alkoholu w ludzkim organizmie. Jeżeli w ciągu dwóch dni po zjedzeniu tych grzybów zostanie wypity alkohol – nawet w bardzo niewielkich ilościach (np. w kroplach ziołowych) – dochodzi do gwałtownych reakcji, które, zależnie od okoliczności, mogą doprowadzić nawet do śmierci.

Szkodliwe połączenia: pomidor + biały ser = atak na stawy

W wielu dietach odchudzających występują w pozornie zgodnym duecie. Chudy ser idealnie współgra z pomidorem. Niestety, bardzo częste jedzenie takiego zestawu może skończyć się bolesną chorobą stawów! Liczne kwasy (cytrynowy, jabłkowy, chlorogenowy i kumarynowy), które decydują o charakterystycznym smaku pomidora, łączą się z wapniem zawartym w serze. Powstają nierozpuszczalne kryształki, które odkładając się w stawach, wywołują przy każdym ruchu silne bóle. Oczywiście, nie musimy obawiać się tej przykrej dolegliwości po zjedzeniu jednej czy kilku porcji pomidora z serem. Ale stosowanie takie diety przez kilka tygodni może już być zagrożeniem.

Szkodliwe połączenia: herbata + ciasto = strata witaminy B1

Puszyste ciasto drożdżowe z mocną i aromatyczną herbatą koi skołatane nerwy? Nic bardziej błędnego. Garbniki, nadające herbacie gorzkawy smak, działają na błonę śluzową przewodu pokarmowego i ograniczają wchłanianie białek oraz wiążą wapń, magnez, żelazo, cynk, miedź i inne ważne dla organizmu biopierwiastki. Niszczą również witaminę B1, a ciasto drożdżowe jest wyjątkowo zasobnym jej źródłem. To ona decyduje o sprawnym działaniu układu nerwowego. Dlatego do ciasta drożdżowego bezpieczniej jest pić słabszy napar z herbaty.

/          Barbara Hołub               poradnikzdrowie.pl          /

 

 

… nasze człowiecze :-)

Znajdź swoje MOJO

Czy cieszy Cię to, co robisz w życiu, i masz głębokie poczucie sensu, że Twoja praca stanowi wartość? Czy budząc się rano zaczynasz dzień z energią i entuzjazmem, a większość zawodowych wyzwań napełnia Cię radością? Jeśli na oba pytania odpowiedziałeś twierdząco, gratulacje! Jesteś prawdopodobnie we właściwym miejscu. Jeśli nie, może to być znak, że brakuje Ci MOJO i nadszedł czas na zmiany!

W swojej książce [1] dr Marshall Goldsmith definiuje MOJO jako pozytywne nastawienie do czynności wykonywanej w danej chwili, które wynika z naszego wewnętrznego stanu ducha i jest widoczne dla otoczenia.

Osoba, która ma swoje MOJO emanuje w pracy pozytywną energią, entuzjazmem, chętnie podejmuje się nowych wyzwań, swoją postawą inspiruje innych, jest proaktywna. O takiej osobie myślimy i mówimy „właściwy człowiek na właściwym miejscu”.

Jak to zrobić? Jak znaleźć swoje MOJO? Przede wszystkim potrzebujesz dwóch rzeczy: po pierwsze sprecyzowania co jest dla Ciebie ważne w życiu a następnie stworzenia, spisania i wdrożenia w życie swojej misji.

Odkrywamy życiową misję – praktyczne ćwiczenia

Znajdź pracę, którą lubisz, a do końca życia nie będziesz musiał pracować. Konfucjusz

Entuzjazm, pozytywne nastawienie, radość z wykonywanej pracy biorą się z tego, że robisz to, w co głęboko wierzysz, co popierasz, co ma dla Ciebie sens. Gdy jeszcze dodatkowo jest to zgodne z Twoimi predyspozycjami i talentami, możesz osiągnąć w tym prawdziwe mistrzostwo, a wykonywana praca będzie przynosiła Ci wiele sukcesów. Oto pytania, które pomogą Ci odkryć swoje wartości i określić osobistą misję:

- Co ważnego chcę wnieść do świata, pracy, życia?

Na przykład:

=> chcę aby ludzie mogli się ze sobą łatwiej i szybciej komunikować
=> chcę tworzyć miejsce do nauki, w którym dzieci mogłyby wykorzystywać swoje naturalne talenty zamiast powielać schematy narzucane przez szkołę

- Jakie są moje największe talenty?

Jeśli w tym miejscu przychodzi Ci do głowy odpowiedź „nie mam żadnych talentów”, to z pewnością jesteś zanadto samokrytyczny. Każdy człowiek ma jakiś talent! Wystarczy, że zaczniesz obserwować siebie podczas działania a szybko odkryjesz, co jest Twoją mocną stroną, naturalną predyspozycją, preferowaną postawą. Możesz też zapytać bliskie i życzliwe osoby ze swojego otoczenia jakie widzą w Tobie talenty. Jestem przekonana, że będziesz zaskoczony bogactwem otrzymanej informacji zwrotnej. Być może odkryjesz w sobie nieuświadomiony talent i zaczniesz się nim dzielić odmieniając życie ludzi i swoje własne?

Jedną z osób o dość nieoczywistym, a zarazem wybitnym talencie, jest Grzegorz Turniak. Potrafi on wejść do grupy 100 czy 200 zupełnie nieznających się osób i sprawić, że zaczną one między sobą rozmawiać, wymieniać się doświadczeniami, budować sieci połączeń biznesowych. Myślę, że jego talent zupełnie odmienił oblicze polskiego networkingu.

- Jaki chcę budować świat, jakie tworzyć środowisko pracy?

Na przykład:

=> Jako trener pragnę, aby ludzie wokół mnie mieli poczucie wspólnoty i życzliwej atmosfery sprzyjające rozwojowi i uczeniu się.
=> Jako pracownik działu R&D chcę inspirować innych do wychodzenia poza schemat, odważnego wyskakiwania ze strefy komfortu, aby tworzyć nowe produkty, które zmieniają życie ludzi.
=> Jako menedżer pragnę, aby moi współpracownicy mieli poczucie, że są doceniania jako ludzie i że ich wkład we wspólny sukces, ma ogromne znaczenie.

- W co wierzę lub głęboko popieram?

=> Steve Jobs głęboko wierzył w prostotę.
=> Mary Kay, założycielka międzynarodowego koncernu bezpośredniej sprzedaży kosmetyków wierzyła w to, że jeśli stworzy się kobietom szanse rozwoju, będą mogły sięgać szczytów swoich możliwości i osiągać ogromne sukcesy na miarę swoich marzeń.

Kiedy misja opiera się na Twoich indywidualnych wartościach, na tym, w co naprawdę ma dla Ciebie sens, wówczas jesteś spójny w swoich działaniach i wiarygodny dla innych, a przede wszystkim, czujesz w sobie moc do działania. W każdej sytuacji kiedy chcesz coś zrobić, aby rozbudzić w sobie pozytywne nastawienie zadaj sobie pytanie „po co?”. Po co chcę wdrożyć w życie ten pomysł? Jakie istotne dla mnie wartości zrealizuję w ten sposób? Na ile mój cel mnie rozpromienia, cieszy, dodaje energii? Dzięki dokonywaniu świadomych wyborów w co zaangażować swoje talenty, będziesz przepełniony MOJO, co inni z łatwością będą mogli zauważyć.

„Prawdziwi ludzie sukcesu spędzają znaczną część swojego życia na angażowaniu się w działania, w wykonywaniu których znajdują szczęście i sens życia (mają swoje MOJO). Jedyną osobą, która może określić czym jest dla Ciebie szczęście i co nadaje Twojemu życiu sens, jesteś Ty sam.”  Dr Marshall Goldsmith

Poczucie własnej wartości rodzi się ze szczerości wobec samego siebie

Jak pisze Cheryl Strayed [2] „Można wiele rzeczy w życiu udawać, ale trzeba być szczerym, jeśli chodzi o sprawy najważniejsze. (…) Nie można udawać, że uwielbia się pracę, której się nie cierpi”. Kiedy udajesz, że lubisz to co robisz, może to się sprawdzić, ale tylko na krótką metę. Nigdy nie osiągniesz w tym mistrzostwa, nie pociągniesz za sobą innych. A nawet jeśli, cena którą za to zapłacisz, będzie bardzo wysoka – poświęcenie Twoich marzeń, szacunku do samego siebie i osobistego poczucia szczęścia wynikającego z pracy na rzecz tego, w co wierzysz, co ma dla Ciebie sens i daje Ci radość.

MOJO rodzi zaangażowanie, zaangażowanie tworzy sukces

Kiedy stajesz każdego dnia przed wyzwaniami, które są naprawdę istotne i do których jesteś głęboko przekonany, wyzwala to potężne zaangażowanie w działanie.  Jeśli to, co robisz w swojej pracy, ma dla Ciebie znaczenie i sens, jeśli czujesz się w tym kompetentny, wówczas pozytywne nastawienie przychodzi samo. Kiedy dokonujesz istotnych dla siebie zmian w swoim otoczeniu, miejscu pracy czy sposobie działania i zauważasz ich pozytywny wpływ na życie innych ludzi, wówczas czujesz się silny, sprawczy i skuteczny. Rośnie Twoja motywacja do podejmowania nowych wyzwań. I zaangażowanie, które jest kluczem do sukcesu i charakteryzuje tych, którzy mają swoje MOJO.

[1] „Pozytywne nastawienie”, Marshall Goldsmith
[2] „Dzika droga”, Cheryl Strayed

/           Patrycja  Załug             dyplomowana trenerka i coach pewności siebie, właścicielka Instytutu Przemiany oraz współwłaścicielka Akademii Kobiet Sukcesu, jednej z największych kobiecych społeczności w Warszawie (obecnie ponad 5000 kobiet). W Radio Kolor współprowadzi audycję, Liderki Uśmiechu, w której wraz zaproszonymi gośćmi inspiruje do pozytywnego spojrzenia na życie i na swoje możliwości. Autorka licznych artykułów nt. wzmacniania pewności siebie. Z pasją wspiera kobiety w budowaniu prawdziwej wewnętrznej pewności siebie podczas warsztatów, prowadząc grupy rozwojowe i coaching. Stworzyła autorski program warsztatów Codziennie Pewna Siebie”, z którego skorzystało już prawie 1000 kobiet.

instytutprzemiany.pl        /  

… herbaciane …

 

… o tej zielonej …

Picie zielonej herbaty jest dla Chińczyków rytuałem, który sięga swoimi korzeniami w głąb ich samych i pozwala im na osiągnięcie harmonii i wyciszenia. To najstarsza herbata świata, a według wielu także najzdrowsza. To tłumaczy, dlaczego jej spożycie w krajach zachodnich w ciągu dekadywzrosło wielokrotnie.

Ciekawostki

  • Historia zielonej herbaty sięga do 2700 r. p.n.e. Legenda głosi, że jeden z cesarzy chińskich, odpoczywając pod krzewem herbacianym, zauważył, że kilka listków wpadło mu do miseczki z gorącą wodą. Gdy spróbował aromatycznego naporu, poczuł się nim oczarowany.
  • Zielona herbata powstaje z takich samych listków jak herbata czarna. Nie jest jednak poddawana procesowi fermentacji, dzięki czemu zachowuje swój naturalny kolor. Po zebraniu świeżych liści pozwala się im zwiędnąć i odparować, a następnie suszy się je.
  • Zielona herbata z młodych listków jest uznawana w Chinach za arystokratyczny napój. Zbierają ją dzieci lub dziewice w rękawiczkach. Niższe stany w Chinach pijają herbatę czarną.
  • W światowej produkcji zielonej herbaty dominują Chiny – 403’000 ton, później Japonia – 86’000 ton, Indonezja – 32’000 ton i Wietnam – 25’000 ton.

Korzyści płynące z siły zielonej herbaty

 

  • Zawiera flawonoidy, które hamują proces starzenia oraz wzmacniają odporność i pomagajązwalczać infekcje. Zielona herbata zawdzięcza im właściwości antyutleniające, które obniżają ryzyko wielu nowotworów (układ moczowy i trawienny, nowotwory skóry, płuc i sutka). Ponadto chroni serce dzięki obniżeniu poziomu złego cholesterolu i zapobieganiu zwężania się naczyń krwionośnych.
  • Zawiera fluor, który wzmacnia kości i chroni zęby przed próchnicą.
  • Polifenole zawarte w zielonej herbacie działają na organizm stymulująco, przyspieszając przemianę tłuszczu w energię. Zielona herbata jest doskonałym uzupełnieniem diety odchudzającej. Ponieważ zapobiega odkładaniu się tłuszczu, pomoże zwalczyć skórkę pomarańczową (cellulitis). Nie zawiera kalorii.
  • Oczyszcza organizm z toksyn.
  • Usuwa zmęczenie, pobudza (dzięki zawartości kofeiny) oraz poprawia koncentrację.
  • Działa odprężająco i pomaga w zrelaksowaniu się.
  • Dzięki zawartości polifenolu EGCG wypicie dwóch filiżanek zielonej herbaty dziennie pomagazapobiegać chorobie Alzheimera.
  • Zawiera wiele witamin: B1, B2, B6, K, PP, A i C oraz minerały i mikroelementy, które są bardzo istotne dla naszego organizmu.
  • Łagodzi objawy kaca.
  • Zawiera znacznie mniej teiny (kofeiny) niż herbata czarna, dzięki czemu mogą ją pić choroby mające problemy z nadciśnieniem. Obliczono, że filiżanka czarnej herbaty zawiera od 25 do 110 mg teiny, podczas gdy zielona tylko 8,3 mg.
  • Zaleca się ją osobom z nadkwaśnością soku żołądkowego. Posiada właściwościprzeciwwrzodowe.
  • Przy zapaleniu spojówek lub powiek poleca się przemywanie oczu jej zimnym naparem.

Sposób parzenia zielonej herbaty

 

  1. Najlepiej parzyć w naczyniach glinianych.
  2. Należy zalać wodą o temperaturze 50 – 80°C (w zależności od rodzaju), czyli po zagotowaniu wody powinno się odczekać około 5 minut.
  3. Należy parzyć pod przykryciem przez 3-5 minut. Dłuższe parzenie nasila gorzkawy posmak.
  4. Herbatę zieloną można parzyć nawet trzykrotnie. Herbata z drugiego parzenia osiąga pełnię aromatu.
  5. Do zielonej herbaty można dodać odrobinę krowiego lub koziego mleka. Cierpkawy smak można zneutralizować kostką cukru lub odrobiną konfitury. Tybetańczycy dodają szczyptę soli.
  6. Zielona herbata sama w sobie stanowi rozkosz dla podniebienia choć można podawać ją ze słonymi przekąskami, ostrymi serami, rybami, owocami morza oraz innymi pikantnymi daniami.

Najpopularniejsze odmiany zielonej herbaty

  • Gunpowder – liście herbaty zwinięte są ciasno w małe kulki, przypominające proch strzelniczy (stąd nazwa). Listki rozwijają się podczas parzenia herbaty. Zalewamy wodą o temperaturze 70°C i parzymy ok. 4 minuty.
  • Chun Mee (Drogocenne Brwi) – kształt listków przypomina nieduże brwi. Dzięki większej zawartości teiny, odznacza się intensywniejszym i mocniejszym smakiem. Należy parzyć 3-4 minuty w temperaturze 70°C. Można pić ją przez cały dzień wielokrotnie zaparzając.
  • Natural Leaf – charakteryzuje się delikatnym smakiem, dlatego polecana jest dzieciom. Zawiera najmniej teiny wśród zielonych herbat. Pije się ją słabą, parząc przez 2-3 minuty w temperaturze 50°C.
  • Matcha – wykwintny gatunek, puder herbaciany (listki zmielone) wykorzystywany w japońskiej ceremonii picia herbaty. Napar charakteryzuje się intensywnym zielonym kolorem. Idealna do napoi i deserów. Zawiera wiele witamin. Zalewa się ją prawie wrzącą wodą i szybko miesza trzepaczką (tradycyjnie zrobioną bambusu). 
  • Genmaicha – herbata  zielono wymieszana z prażonym brązowym ryżem i kukurydzą. Stymuluje proces trawienia. Zalewa się wodą o temperaturze 90°C i parzy przez 1-2 minuty.
  • Lung ching (Studnia Smoka) – nazwa pochodzi od ruchów (przypominających smoka), które wykonują liście  podczas parzenia. Ma łagodny smak. Jedna z najstarszych odmian. Podawana przed mnichów miała odpędzać złe myśli. Zawiera dużo witaminy C i aminokwasów, a dzięki zawartości ogromnej ilości katechin ma działanie antyrakowe. Należy zalewać wodą o temperaturze 70°C i parzyć 3-5 minut.
  • Sencha –  bardzo popularna odmiana o intensywnym smaku. Posiada silne właściwości antyrakowe oraz zapobiega wzrostowi poziomu cukru we krwi. Parzyć w temperaturze 80°C przez 2-3 minuty. Nadaje się do wielokrotnego parzenia. Jedną z jej najlepszych odmian jest Gyokuro, która wpływa dobrze na układ nerwowy i stymuluje pracę mózgu. Należy parzyć ją w niższej temperaturze (50°C).
  • Bancha – wytwarzana z liści z późnego zbioru. Bogata w wapń i żelazo. Ze względu na niską zawartość teiny jest odpowiednia dla dzieci.

/        Magdalena Prus, Sebastian Karwala         ciekawnik.pl        /

… Yerba Mate …

Na pierwszy plan wysuwa się cierpki smak, któremu zaraz potem towarzyszy niezwykłe orzeźwienie. Już kilka dni jej „smakowania” poprawi nasze samopoczucie. Ta herbata kryje jednak w sobie coś więcej – zbliża ludzi.

Ciekawostki

  • Yerba mate to odpowiednik czarnej herbaty w krajach Ameryki Południowej przyrządzany z wysuszonych i zmielonych (także świeżych) liści ostrokrzewu paragwajskiego.
  • Nazwa yerba mate została prawdopodobnie nadana przez jezuitów, którzy w XVI wieku przybyli na misje do Ameryki Południowej i poznali popularny wśród Indian napój. Yerba to zniekształcony wyraz herba – zioło, a mati to w języku Indian Keczua tykwa, w której parzono zioło. Jezuici założyli pierwsze plantacje ostrokrzewu paragwajskiego.
  • Początkowo picie indiańskiego napoju było zakazane, jednak po przybyciu na te tereny Jezuitów, stopniowo zaczęła się rehabilitacja paragwajskiej herbaty. Księża promowali jej picie, chcąc zmniejszyć spożycie alkoholu.
  • W jej skład wchodzą 24 witaminy i mikroelementy oraz 15 aminokwasów. Łącznie ma 196 aktywnych komponentów (dla porównania, zielona herbata ma ich 144). Dzięki tym odżywczym właściwościom, Indianie mogli wytrzymać bez jedzenia wiele dni.
  • Początkowo pito herbatę cedząc jej liście przez zęby, jednak drobne listki często przedostawały się do ust. Zaczęto pić ją przez słomkę, a następnie przez zamkniętego z jednej strony podziurawionego bambusa. Tak powstała Bombilla, jeden z najważniejszych dzisiaj akcesoriów. Gdy zaczęto produkować metalowe Bombille, stały się one symbolem zamożności, choć do dziś stosuje się tradycyjne bambusowe słomki.
  • Yerba mate jest znana także pod nazwami: erva mate, herba mate, herbata jezuicka, herbata misyjna, herbata Świętego Bartłomieja, paraguay Cayi, herbata paragwajska, South American Holly, chimarrao lub cimarron. Nazwa łacińska to Illex paraguariensis.
  • Gorzkim posmakiem przypomina zieloną herbatę połączoną z nutką nikotyny.
  • Istnieje ponad 180 gatunków yerby.

Korzyści z picia paragwajskiej herbaty

  • Dzięki zawartości mateiny (tylko ostrokrzew paragwajski zawiera tę substancję – przypomina kofeinę i teinę), działa pobudzająco i stymulująco na układ nerwowy oraz poprawia koncentrację. Mateina, mimo podobnego działania do kofeiny, jest znacznie mniej uzależniająca i bezpieczniejsza dla układu pokarmowego.
  • Polecana jest podczas kuracji odchudzających ze względu na zmniejszanie odczuwanego głodu. Reguluje także pracę układu pokarmowego poprawiając perystaltykę jelit oraz proces trawienia.
  • Działa relaksująco i rozluźniająco na mięśnie.
  • Ma działanie oczyszczające i pomaga usuwać toksyny z organizmu.
  • Obniża poziom złego cholesterolu.
  • Ze względu na zawartość wielu witamin (A, B1, B2, C, E) wzmacnia odporność, przyspiesza rekonwalescencję oraz zapewnia prawidłowe funkcjonowanie całego organizmu.
  • Ma właściwości antyreumatyczne.
  • Wspomaga odbudowywanie tkanki narządów wewnętrznych.
  • Ma działanie antyoksydacyjne, dzięki czemu usuwa z organizmu wolne rodniki.
  • Jest pomocna w leczeniu alergii.
  • Zawiera istotne dla naszego organizmu minerały, m.in. żelazo, sód, potas (100,6mg/100g), wapno, magnez (58,6mg/100g), krzem oraz fosfor.
  • Pita według tradycyjnego rytuału, integruje grupę i zacieśnia relacje.

Rytualne akcesoria

Yerba MatePrzede wszystkim urok i magia paragwajskiej herbaty opiera się na sposobie jej przyrządzania i smakowania. Aby móc cieszyć się jej tradycyjnym czarem, warto zaopatrzyć się w kilka nieodłącznych akcesoriów:

  • Mate – naczynko, w którym przyrządza się herbatę. Wykonywane z odmiany dyni tykwy są używane m.in. w Argentynie. Do produkcji mate używa się także drewna, a naczynie wykonane z rogu wołu nazywane jest guampą.
  • Bombilla to rurka, przez którą pije się napar. Tradycyjnie wykonywana była z bambusu, później pojawiły się metalowe rurki z sitkiem, które rzadziej się zatykają i są łatwiejsze w czyszczeniu.

Rytuał przyrządzania i picia:

  1. Wypełniamy mate liśćmi do połowy.
  2. Zatykamy otwór i odwracamy mate do góry dnem lekko potrząsając. Dzięki temu większe liście pozostaną na wierzchu.
  3. Odwracamy z powrotem mate i delikatnie przechylamy, aby utworzyć z boku szczelinę na wsunięcie bombilli.
  4. Zalewamy liście wodą o temperaturze ok. 80°C. Zbyt gorąca woda może „poparzyć roślinę” i zlikwidować jej właściwości (Indianie wierzyli, że yerba mate  zalana wrzątkiem „obraża się”).
  5. Pierwsze zalanie wypija według legendy święty Tomasz (suche liście wchłaniają wodę). Dzięki temu, nawet będąc samemu, nie łamiemy tradycji, która nakazuje pić yerbę w towarzystwie.
  6. Kolejne zalania należy pić przez bambillę niewielkimi łykami. Drugi napar tradycyjnie wypijany był przez gospodarza (między innymi ze względu na gorszy smak). Gdy pijemy yerbę w grupie, jedna osoba zajmuje się podawaniem mate kolejnym osobom oraz dosypywaniem liści, gdy siła naparu słabła. Rytuał tradycyjnie kończył się, gdy ostatnia osoba podziękowała.
  7. Liście ostrokrzewu paragwajskiego można zalewać nawet kilkanaście razy.
  8. Tradycja indiańska nakazywała wylanie liści z ostatnim naparem na ziemię, tak by oddać ją Matce Ziemi, która ofiarowuje nam yerba matę.

Alternatywne sposoby przyrządzania herbaty paragwajskiej

  • Terere to herbata  na zimno. Liście ostrokrzewu reagują tylko na bardzo zimną lub bardzo ciepłą (ale nie wrzącą) wodę wydzielając napar yerba mate.
  • Mate Russo to napar uzupełniony dużą ilością soku, np. pomarańczowego. Indianie często uzupełniają liście ostrokrzewu różnymi ziołami i przyprawami.

/         Magdalena Prus, Sebastian Karwala         ciekawnik.pl         /

 

… poranki :-)))

Jesteś swoim jedynym mistrzem.

Któż inny mógłby nim być?

Budda  Siakjamuni

 

Zanurzać się zanurzać

W ogrody rudej jesieni

I liście zrywać kolejno

Jakby godziny istnienia

Edward Stachura

 

Doktor Żaba

Dotarł kiedyś do mnie przez Internet list rozsyłany na zasadzie łańcuszka szczęścia, którego autorstwo przypisywane jest Dalajlamie. List ten zawierał kilka porad na życie, z których jedna szczególnie utkwiła mi w pamięci. Chodziło w niej o to by każdy z nas w miarę możliwości przynajmniej raz w roku odbył podróż do nowego nieznanego miejsca.

Właściwie znaczenie tej porady wydaje się być jasne przecież nie od dziś wiadomo, że podróże kształcą, ale nie tylko o to chodziło autorowi jak mniemam. Można się domyślać, że chodzi tu o rozbicie pewnej mentalnej skorupy, w której zasklepia się każdy, kogo przestrzeń życiowa wyznaczana jest stałymi punktami odniesienia. Mogą to być miejsca w rodzaju: dom, praca, pobliski lub dalszy sklep, ulubiona knajpka, znajome kino czy np. ulubione miejsce wypadów weekendowych. Zamiast miejsc można podstawić znajomych ludzi, codzienne „rytuały” jak posiłki, sposób mycia się, codzienna prasówka ulubionej gazety i inne stałe czynności. Ogólnie chodzi tu o miejsca ludzi i czynności, które stale powtarzane dają poczucie niezmienności i co za tym idzie pewne poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście dobrze mieć takie punkty zaczepienia w życiu, ale nie zmienia to faktu, że ich niezmienność jest złudzeniem wynikającym z naszej rutyny, przez którą nie widzimy rzeczywistości. Zmienia się przecież wszystko, świat za oknem codziennie, a nawet w każdej minucie jest inny, my jednak tego nie widzimy patrząc przez okulary zbudowane z naszych nawyków i wyobrażeń.

Niestety takie postrzeganie jest dobre na krótką metę, bowiem gdy zmiany staną się tak radykalne, że widoczne będą nawet przez okulary to spowodują nasze cierpienie. Tak zwane cierpienie zmiany. Druga sprawa to ta, że skorupka, którą się otaczamy ugruntowuje nasze poczucie odrębnego istnienia, buduje i umacnia nasze ego oraz powoduje sposób postrzegania świata na zasadzie Dr Żaby.

Nie znacie go?

Otóż Dr Żaba jest… Żabą, która mieszka w kałuży.

Pewnego dnia wdaje się w dyskusję z bocianem, który opowiada o szerokim świecie o ciepłych krajach i przelocie nad oceanem, co szczególnie zainteresowało żabę.

Prosi, więc o szczegóły na przykład

- Niech bocian powie jak wielki jest ocean.

- Bardzo, bardzo ogromny, taki, że nie widać drugiego brzegu odpowiada bocian.

Żaba jest przekonana, że to przesada przecież nigdy, nawet w czasie obfitych deszczów jej kałuża nie staje się tak duża. Drąży, więc temat dalej.

- Niech bocian powie konkretnie, czy ocean jest dziesięć razy większy od kałuży czy może nawet sto razy, choć to chyba niemożliwe…

Bocian jest w kropce, jak ma wytłumaczyć małej żabie ogrom oceanu? Do czego go porównać. Połyka, więc szybko żabę kończąc w ten sposób bezsensowną dyskusję, zresztą i tak gadanie z pustym żołądkiem to nie gadanie…

 

Chyba o to chodzi w podróżach byśmy mogli pozbyć się własnych żabich miarek, które przecież nie nadają się do obiektywnego opisu rzeczywistości do poznania za ich pomocą tego, jakimi rzeczy są naprawdę. Takie miarki przykładane do każdej sytuacji i do każdego człowieka tworzą błędny obraz świata i ludzi a działanie na ich podstawie staje się przyczyną cierpienia nas samych i innych żywych istot. Podróże uświadamiają nam, że wszędzie żyją ludzie, którzy w zasadzie niczym się od nas nie różnią, że jedynym co nas może dzielić są nasze własne ciasne poglądy zbudowane na niepełnych informacjach podpartych wyobrażeniami. Poznanie które jest efektem podróżowania burzy takie złudne twory dzięki czemu można budować prawdziwie harmonijne stosunki międzyludzkie będące podstawą szczęścia jednostek. Nawet nie musimy się w tym celu specjalnie wysilać, wystarczy ruszyć się z domu.

Mógłby ktoś powiedzieć, że przecież nie jesteśmy zamknięci w piwnicy mamy okna na świat w postaci radia, telewizora czy innych mediów. Przez takie okna widać praktycznie cały, wielki świat.

Owszem mamy okna tylko, że na każdym z nich wiszą różnokolorowe firanki, które zabarwiają i często zniekształcają widok. Trzeba nieźle wytężać wzrok by zobaczyć czysty obraz tego, co znajduje się za oknem. Tutaj każdy musi sam mieć na tyle świadomości i uważności by wychwycić fakty i oddzielić je od sugestii zawartych w sposobie ich przedstawienia. Nie chcę powiedzieć przez to, że media zafałszowują celowo informacje, bo tak nie jest, jednak reguły gry rynkowej i oczekiwania odbiorców sprawiają, że to, co jest przedstawiane staje się nieco monotematyczne, spłaszczone i przedstawione w formie, którą mniej świadomy odbiorca bierze za samą treść. Musimy mieć świadomość, że to, co oglądamy w TV lub czytamy w gazetach nie jest całym światem, a jedynie najlepiej sprzedającą się jego cząstką. Niestety najlepiej sprzedaje się przemoc w połączeniu z seksem i złudzenia w postaci reklam.

Inną sprawą jest, że wydarzenia oglądane w telewizji są jakby nie do końca realne i rzeczywiste łatwo jest, zatem wypowiadać się na ich temat, łatwo krytykować, łatwo wygrywać teleturnieje i popierać wojnę, która dzieje się gdzieś tam, daleko.

Zresztą zauważyłem, że wielu ludzi nie do końca rozróżnia świat serwowany przez media od tego rzeczywistego, i nie ma się co dziwić skoro najczęściej ten pierwszy wydaje się ciekawszy od codziennej rzeczywistości. Dzieje się tak, dlatego, że nie potrafimy patrzeć inaczej niż przez swoją skorupkę, brak nam przestrzeni i swobody dziecka, brak ciekawości, która skłania go do przypatrywania się chmurom czy grze cieni na ścianie. Nam wystarczy rzut oka by stwierdzić – „znowu te chmury, będzie deszcz”, albo, – „jaka brudna, szara ściana”. Nie przypatrujemy się świadomie niczemu przecież szkoda marnować czas na coś, co znamy od dawna. Tak naprawdę nie widzimy ani chmur ani ściany i cieni tylko własne myśli i wystarczyłoby pozbyć się tych myśli na chwilę by zacząć widzieć rzeczywistość. Jest to jak obudzenie się ze snu, nagle widzimy różnorodność i piękno otaczającej nas przestrzeni, rozumiemy, co tak naprawdę ludzie do nas mówią, zaczynamy rozumieć ich zachowanie i przestaje nam ono przeszkadzać. Po pewnym czasie zaczynamy odczuwać radość z samego faktu życia i działania, stajemy się otwarci i ciekawi tego, co się wydarza a wszelkie problemy, które kiedyś spędzały nam sen z powiek przestają już być straszne, gdy patrzymy na nie z pewnej odległości. Jest to wstęp do przemiany samego siebie, początek prawdziwego życia, które dzieje teraz i na pewno nie jest takie jak do tej pory sądziliśmy.

Podróże mogą stać się czynnikiem, który zainicjuje proces wędrówki ku przebudzeniu.

Nie musi to być koniecznie daleka podróż w przestrzeni, ale na przykład poznanie nowego człowieka, przeczytanie innej gazety, pójście z rodziną do kina zamiast wieczornej sesji przed telewizorem, czyli ogólnie zrobienie czegoś nowego, innego, może nawet szalonego. Może dziewczyna czy żona zaskoczona czymś niestandardowym spojrzy na nas jak na nowego człowieka, może szef zainteresuje się naszą osobą i tym, co mamy do powiedzenia. Takie działania nawet nie koniecznie muszą się wiązać z wysiłkiem czy z wydawaniem pieniędzy, może czasem wystarczy po prostu być samym sobą, spróbować chyba nie zaszkodzi a bez prób wszystko pozostanie tylko złudzeniem.

/         amitaba-republika.pl      /

 

 

„Owoce dojrzewają w słońcu, ludzie zaś w świetle miłości”
Julius Langbehn

Chciałabym opowiedzieć Wam teraz bardzo starą przypowieść o człowieku, który nie wierzył w miłość. 

Był to zwy­czajny człowiek, taki jak ty lub ja, wyróżniał się jed­nak sposobem myślenia. Sądził, że miłośćnie istnieje.
Nieraz próbował ją odnaleźć.

Przyglądał się ludziom wokół siebie. Stracił mnóstwo czasu, sporą część ży­cia poszukując miłości, po to tylko, by stwierdzić, że nie istnieje.

Gdziekolwiek był, rozpowiadał na prawo i lewo, że miłość jest wyłącznie wymysłem poetów, wynalazkiem religii, która posługuje się nią do manipulowania sła­bymi umysłami, do zdobywania nad nimi kontroli i wymuszania wiary.
Mawiał, że wiara  nie jest niczym rzeczywistym i dlatego żaden człowiek jej nie odnajdzie, nawet jeśli usilnie jej poszukuje.
Człowiek ten był bardzo inteligentny i przekonu­jący.
Przeczytał mnóstwo książek, zgłębiał wiedzę w najlepszych uniwersytetach i stał się szanowanym naukowcem.
Potrafił przemawiać w każdym miejscu przed dowolną publicznością, zawsze z miażdżącą logiką.

Propagował pogląd, że miłość jest jak narkotyk, wprawia w krótkotrwały uzależniający błogostan. Można się bowiem chorobliwie uzależnić od miłości.

A co się stanie, jeśli zakochany nie dostanie swojej codziennej dawki miłości, tak jak narkoman potrze­bujący swojej codziennej działki?
Udowadniał, że większość relacji między kochan­kami przypomina związek narkomana z dealerem. 
Ten, kto pożąda bardziej, przypomina nałogowca, a ten, komu mniej zależy, postępuje jak dealer. 
Kochanek, który ma mniejszą potrzebę miłości, kontroluje cały związek. 
Mechanizm zjawiska jest bardzo jasny i łatwy do prześledzenia, ponieważ w związku niemal zawsze jest ten, kto kocha bardziej, i ten, kto pozwala się kochać i tylko wykorzystuje tego drugiego, kto daje jej lub jemu całe serce. 
Pojąwszy, w jaki sposób ci dwoje sobą manipulują, na czym polegają wszystkie ich akcje i reakcje, zauważymy, że są niczym narko­man i dealer.
Uzależniony, czyli ten, kto jest w potrzebie, żyje w ciągłym strachu, że mógłby nie dostać następnej dawki miłości czy narkotyku. 
Myśli: „Co zrobię, gdy mnie zostawi?” 
Z kolei lęk wywołuje zaborczość. „To moje!” 
Uzależniony staje się bardzo zazdrosny i wy­magający ze strachu, że nie dostanie następnej daw­ki. 
Dealer kontroluje i manipuluje tym, kto potrze­buje narkotyku, podając mu większe czy mniejsze dawki lub w ogóle odcinając mu dostawę. Ten, kto jest w większej potrzebie, poddaje się całkowicie, pod­porządkowuje, gotów jest zrobić wszystko, byle unik­nąć odrzucenia.

Tymczasem nasz bohater nie ustawał w objaśnia­niu wszystkim dookoła, dlaczego miłość nie istnieje:

 …To, co ludzie nazywają miłością, jest tylko związkiem opartym na strachu i kontroli, wykorzystywaniu prze­wagi. 

A gdzie szacunek? 

Gdzie wreszcie miłość, o któ­rej tyle mówią? 

Nie ma miłości. 

Młodzi ludzie przed obliczem Boga, rodziny i przyjaciół składają sobie nawzajem mnóstwo obietnic: pozostać ze sobą na zawsze, kochać się i szanować, być razem na dobre i na złe. Obiecują miłość i poważanie i jeszcze wiele innych rzeczy. Najbardziej zdumiewające jest to, że naprawdę wierzą w te obietnice. Ale zaraz po ślubie, tydzień później, miesiąc czy kilka miesięcy, okazuje się, że nie dotrzymują żadnej z nich.

To, co widzimy w małżeństwie, to walka o władzę, o to, kto kim będzie rządził. 
Kto będzie dealerem, a kto uzależnionym. 
Kilka miesięcy później widać, że szacunek, jaki sobie przysięgali, ulotnił się. 
Widzimy urazy, emocjonalne toksyny, zauważymy, jak ranią się nawzajem, stopniowo, dzień po dniu, jak to narasta coraz bardziej, aż w końcu nawet nie wiedzą, kiedy miłość się kończy. 
Pozostają ze sobą, ponieważ boją się samotności, opinii innych ludzi, a także wyroków swoich własnych wewnętrznych sędziów. 
Ale czyż to jest miłość?
Mężczyzna zwykł dowodzić, że widywał wiele starych małżeństw o trzydziesto-, czterdzieste-, pięćdziesięcio­letnim stażu, które szczyciły się tym, że przeżyły ra­zem te wszystkie lata. 
Ale kiedy mówią o swoim związ­ku, wcześniej czy później padają słowa:
 „Wytrwaliśmy w małżeństwie”. 
To oznacza, że jedno z nich podpo­rządkowało się drugiemu. W pewnym momencie na przykład ona się poddała i postanowiła przetrzymać cierpienie. Ten, kto miał silniejszą wolę i mniejszą potrzebę bycia z tym drugim, wygrał wojnę. 
Ale gdzież jest ten płomień, który nazywają miłością? Traktują się przecież nawzajem jak swoją własność: „Ona jest moja”, „On jest mój”.
Człowiek ciągnął dalej. 
Rozprawiał o wszystkich powodach, dla których wierzył, że miłość nie istnie­je, i gorąco przekonywał: „Ja już przeszedłem przez to wszystko. Nikomu więcej nie pozwolę manipulo­wać moim umysłem i w imię miłości rządzić moim życiem”
Jego argumenty były całkiem logiczne, toteż przekonał wielu ludzi, że miłość nie istnieje.

 

Pewnego dnia spacerował po parku i tam, na ła­weczce, zobaczył piękną kobietę, która płakała. Jej płacz wzbudził w nim ciekawość. Usiadł obok i spy­tał, czy mógłby jej w czymś pomóc. 

Zainteresował się, dlaczego płacze. Jakież było jego zdumienie, kiedy odpowiedziała, że płacze, bo miłość nie istnieje. 
„To zdumiewające! – zawołał. – Kobieta, która wierzy, że miłość nie istnieje?!” 
Oczywiście zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej.
„Dlaczego mówisz, że miłość nie istnieje?” - spy­tał.
„To długa historia – odparła. – Wyszłam za mąż bardzo młodo i byłam pełna miłości, wszystkich tych złudzeń, nadziei, że będę dzielić życie z moim męż­czyzną. 
Przysięgliśmy sobie lojalność, szacunek i poważanie i stworzyliśmy rodzinę. Ale wkrótce wszyst­ko się zmieniło. Byłam oddaną żoną, troszczącą się o dom i dzieci. Mój mąż robił karierę, a sukces i opi­nia innych ludzi stały się dla niego ważniejsze od ro­dziny. 
Stracił szacunek do mnie, a ja do niego. 
Raniliśmy się nawzajem i pewnym momencie zrozumia­łam, że go nie kocham, a on nie kocha mnie.
Ale dzieci potrzebowały ojca i to było moje uspra­wiedliwienie i powód, żeby zostać i zrobić wszystko dla utrzymania rodziny. Teraz dzieci dorosły i ode­szły. 
Nie mam już wymówki, żeby z nim zostać. 

Nie ma między nami szacunku, nie ma czułości, nawet uprzejmości. Na domiar złego wiem, że nawet jeśli znajdę kogoś innego, historia się powtórzy, ponie­waż miłość nie istnieje. Nie ma więc sensu szukać cze­goś, co nie istnieje. Dlatego płaczę”.

Świetnie rozumiejąc rozterki swej rozmówczyni, objął ją i powiedział: „Masz rację. Miłość nie istnie­je. Szukamy miłości, otwieramy serca, pozwalamy dominować drugiej osobie tylko po to, by znaleźć egoizm. To boli, nawet jeśli sądzimy, że nie damy się zranić. Nieważne, jak wiele mamy za sobą związków. To samo powtarza się za każdym razem. Po cóż więc szukać miłości?”

Byli do siebie tak podobni, że zaprzyjaźnili się. To był wspaniały związek. Szanowali się i nigdy nawet nie próbowali się poniżać. 

Uszczęśliwiało ich wszystko, co robili razem. 
Nie było w nich zawiści i zazdrości, nie było przymusu ani zaborczości. Ich związek sta­wał się coraz pełniejszy. 
Uwielbiali być ze sobą, po­nieważ każde spotkanie oznaczało świetną zabawę, a kiedy się rozstawali – tęsknili do siebie.
Pewnego dnia mężczyznę, gdy był poza domem, naszła przedziwna myśl. 
„A może – rozmyślał – to, co czuję do niej, to miłość? Jest to tak inne od tego, co czułem kiedykolwiek przedtem! 
To nie jest to, o czym mówią poeci, ani to, co głosi religia, ponie­waż nie jestem za nią odpowiedzialny.
 Niczego od niej nie biorę, nie potrzebuję opieki z jej strony, nie muszę winić jej za moje niepowodzenia ani przerzucać na nią swoich nieszczęść. Po prostu dobrze nam razem, lubimy się nawzajem. Szanuję jej sposób myślenia i odczuwania. 
Ani trochę mi nie ciąży, nie muszę sięo nią martwić. 
Nie czuję zazdrości, kiedy jest z inny­mi ludźmi, nie czuję zawiści, kiedy odnosi jakiś suk­ces. Możemiłość jednak istnieje, tylko nie jest taka, jak nam się wydawało?” 

Ledwie się doczekał powrotu do domu, by z nią porozmawiać i zwierzyć się ze swych szalonych myśli. 

Gdy tylko zaczął mówić, rzekła: „Wiem, co chcesz powiedzieć. Już dawno temu też naszły mnie takie myśli, ale nie chciałam się nimi z tobą dzie­lić, bo wiem, że nie wierzysz w miłość. Miłość chy­ba istnieje, tylko jest czym innym, niż sądziliśmy”.

Postanowili zostać kochankami i zamieszkać razem, i ku ich zdumieniu nic się nie zmieniło. Nadal się szanowali, pomagali sobie nawzajem i byli coraz bardziej zakochani. 
Każde głupstwo sprawiało, że czuli się szczęśliwi.
Serce mężczyzny wypełniło tyle miłości, że pewnej nocy zdarzył się wielki cud. 

Patrzył na gwiazdy i od­nalazł najpiękniejszą. 

Jego miłość była tak wielka, że gwiazda spłynęła z nieba wprost w jego otwarte dłonie. Potem stał się drugi cud: jego dusza połączyła się z gwiazdą. 

Był niewymownie szczęśliwy i ledwie mógł się doczekać, kiedy pobiegnie do kobiety i zło­ży gwiazdę w jej dłoniach, aby dowieść swojej miło­ści. Wręczył jej gwiazdę, lecz kobieta  zawahała się. Choć był to ledwie moment zwątpienia, gwiazda ze­śliznęła się między palcami, upadła i potłukła się na milion drobnych kawałeczków.

Teraz stary człowiek znów przemierza świat, przy­sięgając, że miłość nie istnieje. 

I jest stara piękna kobieta, która czeka w domu na mężczyznę, roniąc łzy za rajem, który miała w dłoniach i który straciła przez jeden krótki moment zwątpienia. 
Tak się koń­czy historia o człowieku, który nie wierzył w miłość.
Lecz kto popełnił błąd? 
Co poszło nie tak? 
Błąd leżał po stronie mężczyzny, ponieważ myślał, że może dać kobiecie swoje szczęście. 
I mylił się, składając je w jej rękach. 
Szczęście bowiem nigdy nie przychodzi z zewnątrz. 
Był szczęśliwy miłością, która pochodziła od niego. I ona była szczęśliwa z powodu miłości, która z niej emanowała. 
Jednak kiedy powierzył jej swoje szczęście, potłukła gwiazdę, bo nie mogła za nią odpowiadać.
To nieważne, jak bardzo go kochała, nie mogła go uszczęśliwić, ponieważ nie wiedziała, co jest w jego głowie. Nie mogła poznać jego oczekiwań, ponieważ nie mogła poznać jego snów.

Jeśli swoje szczęście złożysz w dłoniach drugiej oso­by, ona wcześniej czy później je potłucze. 

Jeśli dasz jej swoje szczęście, może je odrzucić. 

Natomiast kiedy szczęście pochodzi z twego wnętrza i jest rezulta­tem twojej miłości, ty sam jesteś za nie odpowiedzial­ny. 

Nigdy nie zdołamy przerzucić na kogoś odpowie­dzialności za własne szczęście, tymczasem pierwsze, co robimy podczas ślubu w kościele, to wymiana obrączek. 

Kładziemy gwiazdę na cudzej dłoni, spodziewając się, że partner nas uszczęśliwi. 

Nie ma zna­czenia, jak bardzo kogoś kochasz i tak nigdy nie bę­dziesz taki, jakim chciałby cię widzieć twój partner. 

To błąd, który większość z nas popełnia na począt­ku każdego związku.

 Budujemy poczucie szczęścia w oparciu o partnera, a szczęście  nie na tym polega. Składamy obietnice, których nie możemy dotrzymać i z góry skazujemy się na niepowodzenie.

 /              Gamka                 eioba.pl           /

 

... w świątyni Apollina w Delfach jest wezwanie: Poznaj samego siebie … co sprawia,że jesteś człowiekiem spełnionym,szczęśliwym? … masz świadomość swoich podstawowych wartości? wartości są jak kompas w życiu codziennym … zrezygnuj z oczekiwań,one pochodzą ze społecznych czy też rodzinnych uwarunkowań … dbaj o siebie:-) … DBAJ … pięknego kochani:-)   … nika        serce

https://www.youtube.com/watch?v=VyURPbtEzLs