… bo ludzie …

 

 

Ludzie

1. są podobni do liter wykutych w skale: łatwo ulegają złości, a gniewne myśli długo pozostają w ich umysłach,
2. są jak litery napisane na piasku: również ulegają złości, lecz gniew szybko ich opuszcza,
3. są jak litery pisane na płynącej wodzie: nie przywiązują się do swoich myśli i nie przejmują się złorzeczeniami ani plotkami, zaś umysły ich są czyste i spokojne.

FB / Gabinet terapeutyczny

 

obraz: facebook.com

 

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=34U8uDtk4oA

https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=j4MzEunZ7i4

 

 

obraz: colombadoro.tumblr.com

facebook.com

… pułapki szczęścia …

Rozmowa z prof. Anną Marią Zawadzką o tym, dlaczego człowiekowi wcale nie jest lepiej, choćby miał coraz więcej.

Dobrobyt tak bardzo ułatwie życie, że człowiek szybko staje się jego niewolnikiem.

rysunek: Mirosław Gryń

 

Ryszarda Socha: – Dobrobyt i dobrostan. Dwa bliskie językowo pojęcia, ale znaczenie mają dość odległe. Im większy dobrobyt, tym łatwiej o dobrostan?
Anna Maria Zawadzka: – Ta zależność nie jest taka prosta. Dobrobyt dotyczy naszego życia w sensie materialnym – zamożności, zarobków, otoczenia, w jakim żyjemy, posiadania różnego rodzaju urządzeń i sprzętów, które ułatwiają codzienne funkcjonowanie. W jakimś stopniu to lepsze zaspokojenie potrzeb materialnych może wiązać się z dobrostanem, czyli z obiektywnym zdrowiem fizycznym człowieka (np. w krajach zamożnych ludzie żyją dłużej niż w krajach ubogich) oraz z zadowoleniem, życiową satysfakcją. Jednak kluczową rolę w osiąganiu dobrostanu odgrywa zaspokojenie podstawowych potrzeb psychicznych.

Chodzi o jakiś uniwersalny zestaw potrzeb?
Psychologowie nazywają te potrzeby psychicznymi, gdyż dotyczą one wewnętrznych celów człowieka. Zalicza się do nich autonomię, związki z innymi ludźmi, poczucie własnej kompetencji. Samoakceptację i poczucie wspólnoty rozumiane w taki sposób, że człowiek czuje się użytecznym członkiem społeczności, kimś, kto przyczynia się do pomnażania dobra ogółu. Jeżeli realizuję te cele, to osiągam dobrostan. Dlatego zła jest bieda, ale też bogactwo samo w sobie nie gwarantuje szczęścia.

W niewoli posiadania

Badacze jednak porównują produkt krajowy brutto na głowę i średni poziom zadowolenia mieszkańców danego kraju. Albo sprawdzają, jak to jest z dobrostanem przy określonym pułapie dochodów.
Gdy porównuje się dwie krzywe, w których jedna obrazuje wzrost dochodów, a druga poziom zadowolenia, to okazuje się, że zadowolenie rzeczywiście rośnie wraz ze wzrostem dochodów. Ale tylko do jakiegoś momentu. Potem się zatrzymuje. Czyli następne rzeczy, które osiągamy, nie sprawiają, że jesteśmy szczęśliwsi (zadowolenie z życia nie wzrasta). Dobrobyt tak bardzo ułatwia życie, że człowiek szybko staje się jego niewolnikiem. Jeżeli posiada kilka domów, zaczyna się martwić, że te domy mogą być okradzione czy zniszczone. Potrzebne są mu kolejne rzeczy – ubezpieczenia, alarmy, strażnicy, specjalne zamki. I zaczyna się koncentrować na zarabianiu następnych pieniędzy. Wejście w posiadanie pierwszego miliona skutkuje tym, że chce się mieć następny, i tak w nieskończoność. Amerykanie nazywają to affluenzą – grypą dobrobytu. Coraz większe bogactwo staje się centralnym punktem wysiłków człowieka.

Tracimy z oczu inne sprawy i dlatego zadowolenie przestaje rosnąć?
Tak. Koncentracja na bogactwie i posiadaniu może być związana z materializmem, czyli dążeniem do celów zewnętrznych, takich jak bogactwo właśnie, ale też sława i zachowanie za wszelką cenę atrakcyjności fizycznej. Te trzy cele nazywamy triadą materialistyczną. Jeżeli ludzie skupiają się na nich, zazwyczaj odbywa się to kosztem potrzeb psychicznych. A to obniża dobrostan. Świetnymi tego przykładami są losy Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” Dickensa czy Schylocka z „Kupca weneckiego” Szekspira – wskutek pogoni za bogactwem stracili najważniejsze: miłość bliskich.

Czy da się określić ten punkt krytyczny, kiedy pomnażanie majątku przestaje się przekładać na większe zadowolenie?
Nie bardzo. To jest psychologia. Tu wszystko od czegoś zależy. W tym przypadku od kontekstu – w jakim się kraju żyje i jaki jest najbardziej powszechny poziom dobrobytu. Bo my się wciąż porównujemy do innych i na tej podstawie budujemy wzorce. Patrzymy, jak żyją i co mają sąsiedzi, i też chcemy to mieć. Szczególnie porównujemy się do osób, które są w podobnej klasie społecznej, w podobnym wieku, podobnej płci.

Edward Diener, psycholog amerykański, sprawdzał, czy te same zależności działają w innych kulturach. Z jego obserwacji wynika, że w Indiach, gdzie warunki bytowe są średnio biorąc dużo gorsze przy olbrzymim zróżnicowaniu majątkowym, osoby, które żyją na ulicach, bezdomne, żebrzące, mówią, że są trochę niezadowolone z życia. Tylko trochę.

Czym to tłumaczyć?
Tam nie jest tak ważne, gdzie mieszkam, czy mam toaletę pięknie wykafelkowaną (ubikacje ma tam tylko jedna trzecia społeczeństwa). Wielopokoleniowa rodzina hinduska w jednym pokoju potrafi żyć, pracować, spać i nie sprawia im to trudności. Bo bardziej niż intymności potrzebują siebie nawzajem. Zupełnie inaczej niż w USA. Podczas konferencji poświęconej dobrobytowi i dobrostanowi prof. Jim Burroughs przedstawił nam amerykańskie statystyki dotyczące przestrzeni dla jednej osoby, liczby łazienek czy metrów w pokojach. To dla nas, którzy w porównaniu z Indiami mamy bardzo wysoki standard, na razie nie do osiągnięcia. W Indiach dla tych, którzy siedzą na ulicach i żebrzą, liczy się, że mają kontakty z innymi ludźmi. Stąd ich dobrostan jest większy, niż moglibyśmy sądzić na podstawie naszych, a tym bardziej amerykańskich standardów.

Nakarmieni złudzeniami

Jaki z tego wniosek dla nas?
Człowiek często koncentruje się na zarabianiu czy wyglądzie, a faktyczny dobrostan daje np. rodzina czy mądrość. Psychologowie na podstawie wielu badań udowodnili, że koncentracja na celach zewnętrznych czyni człowieka nieszczęśliwym. On już nawet nie wie, że żyje w złudzie. Myśli, że to, do czego dąży, jest ważne. Formuje go społeczeństwo konsumpcyjne, codzienny przekaz medialny i ten płynący od liderów opinii, który wskazuje na materialistyczną triadę jako najważniejszy cel życia. Człowiek przekaz ten połyka każdego dnia wielokrotnie. I jest jak zaczarowany. To działa na zasadzie automatyzmu. Tak pochłania uwagę, że nie ma czasu na refleksję nad innymi celami. Zresztą osoby, które wyznają inne wartości niż te związane z materializmem i konsumpcją (np. uczciwość, przyjaźń, dojrzała miłość, prawda), w społeczeństwie konsumpcyjnym, mimo deklarowanej szeroko tolerancji, są często uważane za mniej atrakcyjne, zatem mniej warte uwagi. Pewnie niektórzy wchodzą w ten kierat nawet przeciwko sobie.

Z badań wynika, że utraciwszy dobrobyt ludzie prędzej czy później przystosowują się do nowej sytuacji i znów są szczęśliwi. Właściwie nawet nie trzeba badań, wystarczą doświadczenia osób, które straciły wszystko podczas wojny czy innych kataklizmów.
To prawda. Proszę sobie wyobrazić dwie osoby. Jedna miała marzenie, by wybudować dom i w nim zamieszkać. Drugą dotknęła tragedia – straciła nogę. Pytanie: jaki będzie ich poziom zadowolenia po jakimś czasie?

No nie wiem, te sytuacje wydają się ­nieporównywalne.
Okazało się, że w obu przypadkach zadowolenie wraca z czasem do punktu wyjścia. Osoba, która nie ma nogi, przyzwyczaja się i znów jest jej dobrze. A tamta, która wybudowała dom, przez chwilę się cieszy, ale potem chciałaby następnych rzeczy. Czyli nam się wydaje, że to, czego chcemy, szczególnie jeśli chodzi o dobra materialne, ma większą wartość dla szczęścia, niż faktycznie ma. Przeceniamy też znaczenie trudnych sytuacji, ich wpływ na nasze zadowolenie.

Jednocześnie eksperymenty psychologów amerykańskich świadczą o tym, że pieniądze mogą redukować lęk przed śmiercią. Polscy psychologowie na podstawie własnych badań zaczynają to potwierdzać.
Myślę, że to, co koledzy – prof. Tomasz Zaleśkiewicz i dr Agata Gąsiorowska – pokazują w swoich badaniach, udowadnia, jak mocno zakorzeniona jest w naszej mentalności symboliczna wartość pieniądza, zgodna z wzorcami kultury materializmu – że posiadając pieniądze, mamy wszystko. To ciekawe, zważywszy na ich wartość rzeczywistą – papierów drukowanych dosyć często bez materialnego pokrycia.

Jednak trochę trudno uwierzyć w to, że materialista nie może być szczęśliwy.
Faktycznie, nie każdy materialista musi tracić na dobrostanie. Ten, któremu nie zależy na relacjach z innymi ludźmi, może mieć dobre samopoczucie. Na przykład Mark Zuckerberg, obecnie najmłodszy miliarder w USA, twórca ­Facebooka. Nie wiem, czy w wydanej niedawno jego biografii obraz nie jest przerysowany, ale byłam zadziwiona tym, w jaki sposób osiągał swoje cele, niszcząc ludzi. Nieszczęśliwi materialiści to osoby przywiązane do dóbr, ale jednocześnie potrzebujące związków z innymi ludźmi. Ich największym problemem jest bycie w konflikcie.

Jeśli materialista konsekwentnie realizuje spójne cele, to mamy do czynienia z czymś, co prof. Bogdan Wojciszke nazywa grzesznym sukcesem. Czyli człowiek jest moralnie zły, ale sprawny. Taką zależność obserwuje się przede wszystkim w kulturach indywidualistycznych, w których dla ludzi liczy się głównie własny interes.

Polacy tacy są?
Jesteśmy gdzieś pośrodku. Mamy daleko posunięty kolektywizm rodzinny. Natomiast obywatelsko – mówiąc za Cyprianem Norwidem – jesteśmy kiepscy. Z Diagnozy Społecznej 2011 prof. Janusza Czapińskiego wynika, że ogólnie rzecz biorąc dobrobyt Polaków wzrasta i Polacy są zadowoleni z życia. Jednak gdy zastanowimy się nad sprawą głębiej – popatrzymy na inne statystyki: rozwodów, uzależnień, wypalenia zawodowego (niektórzy podają, że to nawet 85 proc. pracowników!) – to widzimy, że wzrastający dobrobyt nie ma bezpośredniego przełożenia na dobrostan Polaków. Coraz bardziej dajemy się wkręcać w filozofię szczęścia. A kto powiedział, że to szczęście jest celem człowieka? Ludzie kultury kolektywistycznej są zdziwieni, że można mieć takie aspiracje życiowe.

Nieskromni posiadacze

Ale kto nie chciałby być szczęśliwy?
A może lepiej mieć w życiu poczucie sensu niż być szczęśliwym?! Chodzi o to, że filozofia szczęścia – promująca życie dla własnych jedynie przyjemności, zabija inne ważne elementy. Szukając przyjemności, człowiek oducza się samokontroli i uzależnia się od wielu rzeczy. Staje się bezbronny, bo potrzebuje różnych protez. Jak nie alkohol, to kupowanie, jak nie kupowanie, to seks, jak nie seks, to tabletki. Z przeprowadzonych przez nas badań wynika, że zachowania niemoralne, krzywdzące innych są kompensowane wydatkami na dobra materialne i hedonistyczne. Czyli jak jesteśmy niedobrzy dla innych, to wydajemy więcej.

Stajemy się egoistami?
Na pewno w większym stopniu, niż byliśmy. Bo filozofia szczęścia głosi: masz swoje prawa. O obowiązkach mało mówi. Weźmy teorię asertywności. Zachęca się do jej praktykowania, ale rzadko wskazuje na konsekwencje. A potem jest zdziwienie – bo mówiąc „nie”, człowiek często nie bierze pod uwagę, że druga osoba zareaguje tak samo, kiedy on będzie czegoś oczekiwał.

Ta amerykańska filozofia szczęścia pokazuje nam jedną stronę medalu. Zupełnie inaczej jest w krajach azjatyckich. Kiedy w Japonii doszło do awarii w elektrowni jądrowej, emerytowani inżynierowie kazali wszystkim młodym wyjść ze strefy zagrożonej. Powiedzieli, że sami się wszystkim zajmą, młodzi mają żyć. Chodzi mi o poczucie wspólnotowości, odpowiedzialności za innych ludzi w społeczeństwie. Koleżanki z naszego instytutu pojechały do Wietnamu badać kwestie związane z zadowoleniem i samooceną. Okazało się, że nasze skale tam nie działają. Że nie da się przeprowadzić takich badań.

Dlaczego?
Tam szczęście generalnie rozumiane jest jako bycie dobrym członkiem grupy. W badaniach chodziło głównie o samoocenę. A samoocena, zgodnie z wynikami badań w krajach kultury indywidualistycznej, sprzyja poczuciu zadowolenia. Badanym zadawano pytania: czy uważam, że jestem dobry, że mam dobre cechy. I te pytania spotykały się z odmową odpowiedzi. Tam działa wewnętrzna cenzura, że nie wypada siebie chwalić, to mogą inni.

U nas też kiedyś podchodzono do tych spraw podobnie. Jeszcze jako dziecko byłam w ten sposób wychowywana. Mówiło się: pokorne cielę dwie matki ssie, albo: wywyższasz się, a trzeba być skromnym. Z badań, które prowadzimy obecnie w Polsce, wynika, że pokora i samonaprawa (dążenie do poprawy siebie, swojego charakteru, zdrowia) wiążą się z podwyższonym zadowoleniem i satysfakcją z życia. Innymi słowy osoby pokorne i te, które się samodoskonalą, przeżywają pozytywne emocje, dobrze oceniają swoje życie i różne jego wymiary, czyli są szczęśliwe.

Teraz uczy się ludzi eksponować mocne strony. To ważny element różnych autoprezentacji, np. przy ubieganiu się o pracę. Kto nie umie się „sprzedać”, ma kłopoty z samooceną, ten ma mniejsze szanse w życiu.
No właśnie – teraz. W psychologii są różne mody. Wtedy jakiś temat bardzo się analizuje, bada. I przez długi czas była moda na badanie samooceny, upatrywano w niej antidotum na wszystko. Bo faktycznie z wysoką samooceną wiąże się i zdrowie, i lepsze funkcjonowanie. Ale też bardzo wysoka samoocena prowadzi do narcyzmu, który jest nieszczęściem. Bo człowiek tak koncentruje się na sobie, że nie potrafi przyjąć jakiejkolwiek krytycznej informacji, a relacje z innymi są o tyle podtrzymywane, o ile inni mówią to, co chce dana osoba usłyszeć. I w tym kierunku to obecnie zmierza – pozorne relacje. Jak powiedziała jedna z moich studentek, żyjemy w erze przekazywania informacji, a nie komunikacji międzyludzkiej.

Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, niejako popycha nas w stronę indywidualizmu, zabiegania o rozmaite dobra, uczestnictwa w konsumpcji, często zresztą całkiem przyjemnej. Możemy różne strony tego, co nas otacza, krytykować, ale musimy się też w tym wszystkim odnaleźć.
W końcu przyjemniej widzieć ładną, dobrze ubraną osobę niż brzydką. I korzystać z różnych udogodnień niż nie korzystać. Nie ma w tym nic złego. Pytanie tylko, czy potrafię zauważyć drugą osobę. W miarę możliwości jej pomóc.

Można nie mieć i być materialistą. Chodzi o to, jaki człowiek ma stosunek do dóbr, czy jest do nich przywiązany, czy też zachowuje elementarny dystans. Materializm, konsumpcja są złe wtedy, gdy zastępują różne wartości dla człowieka ważne – miłość, przyjaźń, dobro, prawdę czy moralność. Zachowanie tego dystansu nie jest łatwe, ale próbować warto.

rozmawiała Ryszarda Socha

Dr hab. Anna Maria Zawadzka jest profesorem Uniwersytetu Gdańskiego, kieruje Zakładem Psychologii Ekonomicznej i Psychologii Organizacji. Autorka książki „Dlaczego przywiązujemy się do marki”. Redaktorka i współredaktorka: „Psychologii zarządzania w organizacji”, „Życia w konsumpcji, konsumpcji w życiu. Psychologicznych ścieżek współzależności” oraz „Psychologii twórczości. Nowych horyzontów”. Prezes Stowarzyszenia Dziecko bez Reklamy.

/               Ryszarda Socha                                     polityka.pl        /

… dieta wysokotłuszczowa pomaga w leczeniu padaczki …

Dieta ketogenna może pomóc w leczeniu padaczki lekoopornej – przekonuje dr n. med. Magdalena Dudzińska z Chorzowskiego Centrum Pediatrii i Onkologii. Dieta ta polega na podawaniu głównie pokarmów o wysokiej zawartości tłuszczu.

Dieta wysokotłuszczowa pomaga w leczeniu padaczki

Chorzowski szpital, w którym dr Dudzińska jest ordynatorem oddziału neurologii dziecięcej, stosuje dietę ketogenną od 7 lat. Na świecie stosowana jest od niemal stu lat, podczas gdy w Polsce wykorzystuje się ją jedynie w trzech ośrodkach: poza Chorzowem również w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi oraz w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. W kilku innych placówkach, m.in. w Lublinie, Szczecinie i Bydgoszczy, podejmowane są pierwsze próby takiego leczenia pacjentów.

Dr n. med. Magdalena Dudzińska uważa jednak, że więcej placówek zajmujących się leczeniem padaczki poza innymi metodami terapii powinno proponować swoim pacjentom także dietę ketogenną. Specjalistka tłumaczy to faktem, że choć w ostatnich latach pojawiło się wiele nowych leków przeciwpadaczkowych, u 20-30 proc. chorych nadal nie udaje się opanować napadów padaczkowych farmakoterapią.

U tych pacjentów można zastosować jedną z trzech metod leczenia niefarmakologicznego: zabieg neurochirurgiczny polegający na usunięciu zidentyfikowanego ogniska padaczkowego, wszczepienie stymulatora nerwu błędnego oraz leczenie dietą ketogenną – dodaje.

Według dr Dudzińskiej, skuteczność zabiegu neurochirurgicznego u prawidłowo zakwalifikowanych pacjentów sięga 80 proc. Do tej metody kwalifikują się chorzy dotknięci padaczką o zlokalizowanym ognisku padaczkowym; stanowią oni prawie jedną czwartą chorych z padaczką lekooporną.

Skuteczność zastosowania stymulatora nerwu błędnego jest znacznie mniejsza, sięga zaledwie 30-40 proc., co oznacza, że jedynie u takiego odsetka pacjentów udaje się istotnie ograniczyć liczbę napadów padaczkowych.
– Efektywność tej metody można jednak zwiększyć nawet do 70 proc., jeśli równoczesne zastosowane zostanie leczenie dietą ketogenną – przekonuje dr Dudzińska.

Określenia „dieta ketogenna” po pierwszy w 1921 r. użył dr Russell M. Wilder ze słynnej kliniki Mayo. Napisał wtedy, że jest możliwe prowokowanie ketogenezy (utleniania wolnych kwasów tłuszczowych w wątrobie – przyp. PAP) przez stosowanie diet, które są bardzo bogate w tłuszcze i ubogie w węglowodany.
– Proponuję zatem zastosowanie diet ketogennych u pacjentów z padaczką – stwierdzał.

Podczas głodzenia w ciągu 12-24 godzin od zaprzestania karmienia organizm zmuszony jest do sięgnięcia po zapasy tłuszczów, jako źródła energii. Powstają wtedy ciała ketonowe, które uruchamiają mechanizmy zwalczające napady padaczkowe.

Od diety ketogennej zaczęto odchodzić w 1938 r. wraz z pojawieniem się fenytoiny, nowego leku przeciwpadaczkowego. Jednak później się okazało, że ani ten lek, ani wiele innych nie potrafi zahamować napadów padaczkowych u wszystkich pacjentów. Od 1994 r. ponownie zainteresowano się dietą ketogenną. Stosują ją wszystkie liczące się ośrodki neurologiczne i epileptologiczne na świecie, zarówno wśród chorych dzieci, a ostatnio również u dorosłych.

W Polsce jako pierwsza zastosowała ją 16 lat temu dr Maria Zubiel z Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.
– Być może należałoby zmienić jej nazwę i zamiast pojęcia dieta ketogenna lepiej byłoby używać określenia terapia metaboliczna albo terapia żywieniowa padaczki – twierdzi dr Dudzińska.

Dieta ketogenna u 50-60 proc. chorych zmniejsza liczbę napadów padaczkowych o połowę, a u ok. 30 proc. – o ponad 90 proc. U 10-15 proc. chorych napady ustępują całkowicie. Efekty widoczne są już po 2 tygodniach, najpóźniej po 3 miesiącach.

Dieta ta pomaga niezależnie od rodzaju napadów padaczkowych. Przeciwwskazaniem są niektóre wrodzone schorzenia metaboliczne oraz poważne choroby, np. wątroby. Działania niepożądane na ogół są przejściowe i łatwe do opanowania.
– Dieta musi być jedynie stosowana pod ścisłym nadzorem lekarza neurologa i doświadczonego dietetyka – podkreśla dr Dudzińska.

Według zaleceń amerykańskich, dietę należy rozpocząć w szpitalu, ponieważ przez 2 dni chory jest głodzony (przyjmuje jedynie same płyny). Ma to przygotować organizm do przemiany metabolicznej, w której głównym źródłem energii będą ciała ketonowe, czyli tłuszcze. Przez kolejne 2-3 dni posiłki wprowadzane są stopniowo według odpowiedniego jadłospisu.

Skład diety ketogennej dobierany jest indywidualnie. Ustala się go w zależności od wieku dziecka, jego wagi, aktywności oraz rodzaju schorzenia. Lekarz musi ustalić właściwą proporcję ketogeniczną, czyli konieczną ilość kalorii i białka, a następnie obliczyć ilość tłuszczu i węglowodanów. Większość dzieci rozpoczyna dietę w proporcji 4:1, czyli składającą się z czterech pokarmów ketogennych (tłuszczów).

Każdy posiłek powinien zawierać 4 podstawowe grupy produktów: chude mięso, ryby, drób, jaja (źródło białka), owoce i warzywa (źródło węglowodanów), oleje, oliwę z oliwek, masło, majonez, bekon, boczek (źródło tłuszczu) oraz tłustą 36-proc. śmietanę, która jest zarówno źródłem białka, jak i węglowodanów oraz tłuszczu.

Więcej na ten temat w wydanym niedawno pierwszym polskim poradniku dr Magdaleny Dudzińskiej „Dieta ketogenna. Kiedy nie pomagają leki przeciwpadaczkowe”.
Zobacz przykładowy jadłospis dla dzieci na diecie ketogennej

(PAP/kas)
zbw/mki

/              dzieci.pl         art. z 09.07.2015r.       /

FB / Gabinet terapeutyczny