obraz: its-zizi.tumblr.com

Let go of your story, so the universe can write a new one for you ~ Marianne Williamson:

 

Wszyscy ludzie powinni mieć rozum, serce i energię, tylko – nie za dużo, rozumu, nie za dużo serce, nie za wiele energii… Bo co innego jest ustępowanie wszystkiemu wszystkiemu wszystkim, a co innego – narzucanie swojej osobistości. Co innego ślamazarna bierność, a co innego nieuznawania żadnych praw poza swoimi interesami czy kaprysami.

Bolesław Prus

 

obraz: baby.ru

… masz szansę wyjść z poczekalni …

 

Wszystkie te niespełnione marzenia, niezrealizowane cele, porzucone pragnienia. Tłuką się w głowie jak kamienie w garnku. Chciałbym to, chciałbym tamto. Nieznośna świadomość, że gdzieś , za szklaną taflą obaw, toczy się inne, spełnione życie. Czujesz się jak zawodnik, który zawsze zajmuje drugie miejsce. Albo jak pasażer, który wiecznie czeka w poczekalni. Świadomość możliwości nie pozwala Ci zadowolić się średnią krajową, dwoma tygodniami wakacji, kartą Multisport. Nie daje spokojnie zasnąć. Miałeś podbić świat, miałeś być kimś.
Zamiast tego dzień w dzień podbijasz kartę z napisem: 100% szarości = minus 24h od życia. Umysł się broni i racjonalizuje – nie jest tak źle, stabilność, bezpieczeństwo są ważne. Lepszy wróbel w garści. Albo ucieka w ułudę – kiedyś się odważę. Lepszy gołąb na dachu…
Nieświadomość upływu czasu nie pozwala Ci się przejąć. Czas kroi Cię jak salami, niezauważalnie. Dopiero kiedy rąbie siekierą : „Zostały panu trzy miesiące życia” pojawia się refleksja. Czy ja tak naprawdę żyłem? Czy znalazłem czas by być, czy tylko by mieć?. Myślałem, że zmienię pracę, zabiorę dzieciaki na wakacje. Chciałem zrobić studia, zobaczyć Nowy Jork.
To nie była tylko próba? To tylko tyle?
Na końcu, tak jak na początku, każda chwila, gest, działanie będzie mieć znaczenie. To prawda, ale prawdą jest też, że w każdym momencie jesteś na końcu i na początku jakiejś drogi. Że godzina przed śmiercią ma tyle minut co ta, w której czytasz te słowa. Różnicą jest tylko to, że o ile będziesz mieć szczęście, po tej przyjdzie następna. I następna. I następna.
Masz jeszcze szansę żyć naprawdę. Masz szansę wyjść z poczekalni. Masz jeszcze czas…
Ale mniej niż myślisz.

FB / Marcin Sebastian Rogowski

… przestrzenią się w nas …

 

od niektórych ludzi się nie odchodzi
tak raz pokochani przestrzenią się w nas
wraca się wtedy zawsze choć długo i powoli w deszcz czy pod wiatr
na ten sam pociąg

z niektórych snów można zaparzyć herbatę

Kaja Kowalewska

FB / Chaos i inne piętra

 

obraz: its-zizi.tumblr.com

… natura jest … jest i czeka na Ciebie …

FB / Braterstwo Światła

 

Che meraviglia! *-*:

 

obraz: Cube Breaker

 

 

… gdybym dorosła … przestałabym walczyć o miłość,aprobatę i przynależność …

ladythegreat.tumblr.com

 

Głębokie poczucie miłości i przynależności stanowią nieusuwalną potrzebę wszystkich ludzi w każdym wieku. Zarówno na poziomie biologicznym, kognitywnym, fizycznym, jak i duchowym jesteśmy zaprogramowani na to, by kochać, być kochanym i przynależeć. Kiedy nie udaje nam się zaspokoić tych potrzeb, nie funkcjonujemy tak, jak powinniśmy. Załamujemy się. Rozpada nam się osobowość. Pogrążamy w odrętwieniu. Cierpimy. Krzywdzimy innych. Chorujemy. ” – twierdzi Brene Brown, badaczka wstydu, wrażliwości i autentyczności, autorka „Darów niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy”. A ja się z nią zgadzam. I postanawiam, że koniec z gonieniem za miłością, staraniem się o nią, zasługiwaniem, walczeniem o aprobatę i przynależność. Wbrew pozorom ma to sens i wcale się nie wyklucza.

Po prostu w ostatnim czasie naprawdę dotarło do mnie to, co wielokrotnie powtarza Byron Katie – że życie polegające na odgadywaniu i spełnianiu oczekiwań innych nigdy nie zapewni nam poczucia, że jesteśmy kochani: „Będziesz próbował stać się kimś innym niż jesteś, a gdy powiedzą: <<Kocham cię>>, nie uwierzysz, ponieważ w rzeczywistości kochają sztuczną atrapę. Zabieganie o miłość innych jest bardzo trudne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Dążąc do tego, można utracić swoje prawdziwe ja.” A także radość życia, poczucie osadzenia w sobie, życiową energię – dodam z własnego doświadczenia. Brene Brown twierdzi nawet, że powinniśmy rodzić się z ostrzeżeniem, podobnym do tych na paczkach papierosów: „Uwaga, jeśli ze względu na bezpieczeństwo zrezygnujemy z naszej prawdziwości, możemy ucierpieć z powodu lęku, depresji, zaburzeń jedzenia, nałogów, napadów złości, poczucia winy, resentymentów i niewyjaśnionego żalu.”

Szukamy tam, gdzie nie mamy szansy znaleźć – wkładamy ogromnie dużo wysiłku w prezentację swojego wizerunku – w złudzeniu, że podziw innych dla tej wykreowanej, nieistniejącej w rzeczywistości postaci, naszego avatara – da nam społeczną akceptację oraz poczucie, że jesteśmy kochani. Stajemy się ulepszoną, poddaną edycji fasadą na Facebooku, zadowalając się namiastką prawdziwej więzi. Problem w także i w tym, że myli nam się dopasowywanie się z przynależnością. Tymczasem bycie kameleonem tak naprawdę ograbia nas z możliwości poczucia prawdziwego poczucia przynależności. Jeśli ubieram się tak, aby zdobyć akceptację innych; dzielę się z innymi tylko tym, co będzie dobrze tolerowane, a przemilczam rzeczy, które są dla mnie ważne; nie pokazuję swoich lęków i słabości, to uznanie dla tej zmodyfikowanej wersji mnie nigdy nie nakarmi wersji prawdziwej, spragnionej miłości. Według Brene Brown rozróżnienie jest bardzo proste: „Jeśli się dopasowujemy do jakiegoś środowiska, to musimy je najpierw właściwie ocenić, a następnie tak zmodyfikować siebie, aby nas zaakceptowano. Natomiast jeśli przynależymy do jakiegoś środowiska, to nie musimy siebie zmieniać – powinniśmy po prostu pozostać sobą.”

Nie, dziękuję, dłużej nie zamierzam grać w tę nieracjonalną, wyczerpującą grę w zabieganie o miłość i aprobatę, w której nie da się wygrać, a stracić można tak wiele.

Oto mój dzisiejszy manifest: Chcę być kochana dokładnie taka jaka jestem, bez starania się, zmieniania siebie, wysiłków mających na celu przypodobanie się i spełnienie oczekiwań innych, ukrywania tego, co jest dla mnie ważne. Chcę przynależeć bez konieczności ucinania kawałków siebie, zaprzeczania swojemu wewnętrznemu głosowi i nie za cenę rezygnacji z autentyczności.

I podejmuję ryzyko, że to się może nigdy nie wydarzyć. Oraz to, że mogę zostać odrzucona. Niezrozumiana. Niedoceniona. I nawet jeśli, to jest lepsza opcja niż nieustanne wydatkowanie energii na przykrawanie i dostosowywanie siebie do wymagań i pomysłów innych, jaka powinnam być, żeby zasłużyć na ich miłość. W najgorszym wypadku zostanę z satysfakcjonującym poczuciem wewnętrznej integralności i wierności sobie, bycia sobą w pełni. Całkiem przyzwoicie.

Od dzisiaj zatem nie chcę więcej:

– mówić „tak”, jeśli tak naprawdę czuję, że chcę powiedzieć „nie”, tylko po to, by ktoś nic złego o mnie nie pomyślał

– tłumaczyć się

– uzasadniać swojego istnienia

– przepraszać i kajać się, jeśli będzie to tylko wymogiem dobrych manier, a nie mojej głębokiej potrzeby

Chcę za to:

– prosić innych o pomoc w spełnianiu moich potrzeb

– ufać swojemu wewnętrznemu głosowi i go wyrażać

– troszczyć się jednocześnie o innych i o siebie – szukając w miarę możliwości takich rozwiązań, które sprawią, że nikt nie będzie musiał rezygnować z czegoś ważnego dla siebie, aby zaspokoić potrzeby drugiej strony.

Brzmi nieźle, prawda? Tylko, że może wcale nie okazać się takie proste do zrealizowania. Przekonanie, że musimy zasłużyć na miłość zostaje w nas zaszczepione najczęściej we wczesnym dzieciństwie i postępowanie zgodnie z nim staje się swojego rodzaju wieloletnim uzależnieniem. I mimo swej wyczerpującej natury, daje nam też sporo benefitów. Gonienie za miłością może kusić szansą, żeby oddalić się od towarzyszącego nam wciąż niepokoju, pomieszania, wewnętrznej pustki, braku celu i motywacji. W skończeniu z nałogiem nie pomaga nam też kultura, w której żyjemy. Dzięki przekazom w niej obecnym wierzymy, że im bardziej cierpimy, tym większa miłość. Robin Norwood, znana terapeutka rodzinna Z USA, autorka książki „Kobiety, które kochają za bardzo”, dużo pisze o tym, jak bardzo uwodzące może być dla nas spotkanie partnera czy innych osób, z którymi możemy powrócić do odgrywania schematu z dzieciństwa, w którym czułyśmy się niekochane lub niechciane. Pojawia się pokusa uwierzenia, że właśnie z takim partnerem i w związku dostarczającym nam podobnych sygnałów o tym, że na miłość musimy zasłużyć, wreszcie „przepracujemy” nieudane relacje z rodzicami. Ponownie odgrywając role z dzieciństwa, wierzymy, że tym razem uda nam się zapanować nad cierpieniem i bólem wynikającym z poczucia bycia niekochaną. Że zmienimy stosunek partnera do nas i wreszcie dostaniemy to, czego tak bardzo od lat pragniemy. Że wreszcie pokonamy dawne lęki i poczujemy ulgę. Tak jednak się nie stanie.

Po pierwsze – ponieważ wybrałyśmy takiego, a nie innego partnera do tych swoistych potyczek, a po drugie, bo nawet jeśli jakimś cudem uda nam się wygrać i zasłużymy na jego uczucie, tak jak już wspomniałam wcześniej, nie będzie to miłość skierowana do nas, tylko do jakiejś sztucznego tworu, który udało nam się stworzyć wielkim wysiłkiem i dzięki staraniu się, aby doskoczyć do oczekiwań.

Oto zatem mój plan wsparcia w wychodzeniu z uzależnienia od zasługiwania na miłość i przynależność.

Praktyka pierwsza

Świetną odtrutką okazuje się dla mnie sporządzenie listy wyrzeczeń i dostosowań koniecznych do tego, aby otaczający mnie ludzie obdarzyli mnie warunkowąmiłością i aprobatą:

Żeby zasłużyć na miłość i aprobatę powinnam m. in.: polubić górską wspinaczkę, pozbyć się wszelkich lęków, porzucić zdrowe odżywianie, szybko odpowiadać na maile, przejąć wszystkie przekonania o życiu pewnej osoby i postępować według nich, zawsze mieć przestrzeń na wysłuchanie zwierzeń, być miłą, wyglądać zgodnie z kulturowym ideałem kobiety, ułatwiać życie, przejąć na siebie większość obowiązków, nie potrzebować bliskości, zawsze odbierać telefony, a przynajmniej oddzwaniać, nie wyrażać swoich frustracji, nie mieć żalu, pomagać finansowo, być zawsze uśmiechnięta, nie marznąć, przestać być taka wrażliwa, być bardziej wysportowana, nigdy się nie złościć, przestać mieć swoje potrzeby, itp., itd….

Przebudzające jest uświadomienie sobie, że ta absurdalna lista może być nieskończenie długa, w dodatku niektóre warunki konieczne do zaakceptowania mnie wciąż się zmieniają w zależności od humoru, okoliczności i potrzeb zainteresowanych. To dokładnie syzyfowa praca.

Praktyka druga

Rozprawienie się z przekonaniami mówiącymi o tym, do czego konieczna jest mi aprobata i miłość innych.

Byron Katie twierdzi, że przyczyną naszego uzależnienia od spełniania potrzeb innych w ramach walczenia o ich uznanie i miłość są nieprawdziwe myśli, w które wierzymy bezrefleksyjnie, podobne do poniższych:

Potrzebuję twojej miłości, aby czuć się dobrze, żyć w pełni, potwierdzić swoją wartość, rozkwitnąć.

Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał.

Jeśli nie będę się starać przykroić do wymagań innych, nigdy nie będę kochana.

Nie mogę być kochana taka jaka jestem.

Bez miłości będę samotna i niepełna.

Tylko miłość zapewni mi dobre samopoczucie, da spokój i bezpieczeństwo oraz sens życia.

Kochać to znaczy potrzebować.

Jeśli muszę się zmienić, by zdobyć cudzą miłość i aprobatę, to musi być we mnie coś złego.

Dobrym sposobem pracy z takimi przekonaniami jest zaproponowana przez Byron Katie metoda czterech pytań:

Czy to prawda?

Czy jestem absolutnie pewna, że to prawda?

Jak się czuję i reaguję, jak traktuję innych, gdy wierzę w taką myśl?

Kim mogłabym być, gdybym w nią nie wierzyła?

Uwielbiam jak tym sposobem Byron rozprawia się na przykład z myślą: Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał., pokazując jak bez żadnego wysiłku z naszej strony jesteśmy wspierani. Na przykład: wszystkie niesamowite warunki konieczne, abyśmy zaistnieli zostały w nieprawdopodobny sposób spełnione, w naszej drużynie wsparcia są między innymi ci, którzy wzięli udział w procesie przygotowywania jedzenia na naszym stole; ci, którzy nas nauczyli; a nawet siła grawitacji, która sprawia, że możemy funkcjonować na Ziemi. Zachęcam do lektury książki Byron Katie: „Kłamstwa o miłości”, aby w pełni poczuć jak metoda czterech pytań może nas wpierać w transformowaniu bólu związanego z uzależnieniem od miłości.

Lubię czasami pomedytować nad poniższymi pytaniami, proponowanymi przez Byron – pojawia się wówczas we mnie więcej swobody do tego, żeby spróbować jak to jest po prostu być sobą:

  • Jaka jestem, gdy rezygnuję z próby zdobycia miłości aprobaty innych?
  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła myśli, że muszę wywierać na innych dobre wrażenie?
  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła w myśl, że moje szczęście zależy od kogoś innego?

Praktyka trzecia

Warto przyjrzeć się jednemu szczególnemu przekonaniu, które po bliższej analizie okazuje się propozycją handlową skierowaną do bliskiej osoby:

Jeśli zmienię się dostosowując do twoich oczekiwań, uszczęśliwię Cię, a w konsekwencji ty zmienisz się i uszczęśliwisz w ten sposób mnie.

Cóż, to że w nie głęboko wierzymy ma prostą przyczynę. Jak to podsumowuje Robin Norwood:„Znacznie łatwiejsze i bliższe wydaje się poszukiwanie źródła szczęścia poza sobą niż poddanie się wewnętrznej dyscyplinie, odkrycie własnych zasobów, uczenie się jak wypełnić pustkę wewnątrz, a nie na zewnątrz.” Norwood proponuje, aby przestać się łudzić, że ta transakcja kiedyś dojdzie do skutku i postarać się żyć tak, jakbyśmy nie mogły na nikim polegać. Całkowita samodzielność to dla niej sposób na wykorzystywanie wszystkich naszych talentów oraz na dbanie o te, które trzeba w sobie rozwinąć, aby wieść życie spełnione i pełne satysfakcji, bez nieproduktywnego oglądania się na innych, na których chciałoby się ten obowiązek scedować. „Póki nie rozwiniesz własnych zdolności, nie uwolnisz się od uczucia frustracji. I o tę frustrację będziesz miała żal do swojego partnera, a powodem jest to, że w rzeczywistości nie radzisz sobie z życiem.” Jedną z zalecanych przez nią praktyk jest robienie codziennie dwóch rzeczy, na które nie ma się ochoty: choćby to było zwrócenie wadliwego produktu, czy wykonanie nieprzyjemnego telefonu. Nie tak dawno, nie miałam ochoty pojechać na badanie techniczne samochodu i próbowałam zrzucić ten obowiązek na partnera – poświęciłam wiele energii, by go do tego przekonać. W końcu jednak zdecydowałam się zrobić to sama i była to spora satysfakcja wynikająca z tego, że jestem samowystarczalna.

Kolejnym wpierającym nas działaniem może być według Norwood nauczenie się dawania sobie – czasu, uwagi, rzeczy, na które mamy ochoty. Pytamy siebie, na co mamy dziś ochotę, a potem doświadczamy jednocześnie, co znaczy dawać i otrzymywać. Ostatnio to pytanie wsparło mnie podczas pewnego koncertu. Mimo cudownej muzyki i widowni pełnej zachwyconych widzów, jakoś nie mogłam się zaangażować i cieszyć się słuchaniem. Subtelne sygnały ciała, że nie chcę już tam być udawało mi się najpierw pacyfikować mało racjonalnymi lub dość egocentrycznymi (ponieważ prawdopodobnie błędnie zakładałam, że moje działanie ma znaczenie dla innych) myślami, iż tak nie wypada, nie wychodzi się w środku koncertu, że świadczy to o moim złym guście, że narażę się na coś w rodzaju ostracyzmu, nie dzieląc z innymi pełnego uwielbienia zaangażowania w to wydarzenie (na widowni było sporo dalszych i bliższych znajomych). W pewnym momencie przypomniałam sobie jednak o pytaniu: „Czego ja naprawdę teraz chcę?” – i kiedy je sobie zadałam, jednoznacznie okazało się, że chciałam wyjść, zdążyć na pociąg i wrócić do domu. Więc tak właśnie zrobiłam, przeszłam przez całą widownię i wyszłam. Nie było to zbyt przyjemne, ale z pewnością większy dyskomfort sprawiłoby mi pozostanie na siłę na sali ze strachu przed tym, co pomyślą inni.

Praktyka czwarta

Zmierzenie się z wewnętrzną pustką. Ten etap na pewno się pojawi, jeśli zdecydujemy się pożegnać z uzależnieniem od walczenia o miłość i aprobatę. Dotychczas ta pustka była wypełniana koncentrowaniem się na innych, których należało przekonać, że zasługujemy na miłość. Dobrze byłoby przyjąć ja w pełni, nie starać się jej zapełnić czymś z zewnątrz. Nie zawsze tam będzie, pociesza Robin Norwood: „Odczuwanie jej i zachowanie spokoju umożliwi z czasem wypełnienie tej pustki ciepłem samoakceptacji.” W takim przyjmowaniu może pomóc nam kolejna praktyka.

Praktyka piąta

Jak to trafnie podsumowuje Brene Brown: „Teraz rozumiem, że by naprawdę czuć przynależność muszę być prawdziwa, a do tego jest mi potrzebne ćwiczenie miłości do samej siebie. Przez wiele lat myślałam, że jest odwrotnie: Muszę robić wszystko, co w mojej mocy, by się dopasować, a wówczas poczuję się akceptowana, a przez to polubię siebie. (Męczy mnie już samo myślenie o tym, ile lat tak żyłam. Nic dziwnego, że byłam zupełnie wyczerpana!)”.

W związku z powyższym moją ważną praktyką stanie się więc współczucie i empatia dla siebie samej. Pomocą w tym może być polecany przez Brown serwishttp://www.self-compassion.org, gdzie zacząć możemy od wykonania testu, na ile jesteśmy współczujący wobec samych siebie. Ja zdobyłam mało punktów, więc sporo praktykowania przede mną zanim stanie się to moim nawykiem.

Empatia dla siebie nie rożni się w praktyce od empatii, która oferujemy innym w trudnych chwilach.

  1. Najpierw konieczne jest zauważenie, że cierpimy, a potem wczucie się w to wrażenie (co dokładnie odczuwam? Czy to cierpienie wynikające z lęku, frustracji, smutku, żalu, zazdrości, zawiści, desperacji, braku nadziei? Gdzie i jak odczuwam te uczucia w ciele? Jak mogę chwilę z nimi pobyć? Z jakiej niespełnionej potrzeby wynikają?). Nie ignoruję swojego bólu, mogę za to powiedzieć sobie: to naprawdę boli, to trudny czas dla mnie. Jak mogę sobie ulżyć, pocieszyć się, co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?
  2. Współczucie oznacza również otwarte, pozytywne nastawienie do cierpiącej osoby – w tym przypadku nas samych i oferowanie zrozumienia, a nie osądzanie siebie i krytykę.
  3. Niezwykle ważne jest porzucenie iluzji o tym, że należy i można by perfekcyjnym, oraz uznanie, że cierpienie, porażki i niedoskonałość to nieodłączne części ludzkiego istnienia. Tym sposobem możemy także „załatwić sobie” szybko także swoiste poczucie przynależności – gdy uświadomimy sobie, że dzielimy trudne uczucia i okoliczności, które nam się przytrafiły z całą rzeszą innych ludzi.
  4. Dla mnie pomocne jest także przypominanie sobie, że uczucia, także te mało komfortowe, to tylko nośniki informacji, że jakaś nasza potrzeba nie jest spełniona lub nie i w jakim stopniu.

Praktyka szósta

Kiedy decydujemy się przestać walczyć o miłość, jednym z obszarów, który okaże się wówczas sporym wyzwaniem będzie prawdopodobnie mówienie „nie” – w sytuacjach, kiedy autentycznie czujemy, iż nie chcemy się na coś zgodzić w odpowiedzi na czyjąś prośbę o pomoc, wsparcie, itp.

Przydać się nam wówczas może przypominanie sobie, że moje „nie” oznacza „tak” dla mnie, dla jakieś mojej ważnej potrzeby, której spełnienie byłoby zagrożone, gdybym osobie proszącej nie odmówiła. Czemu więc mówię „tak”?

Odmawianie kojarzy nam się z sytuacją, w której możemy zostać odrzuceni za brak chęci wyjścia komuś naprzeciw, ale jest trudne także i dlatego, że przeważnie szczerze się troszczymy o drugą stronę i wczuwamy się w to, jak nasza odmowa na nią wpłynie, może będzie bolesna, może skojarzy się z kolei z odrzuceniem jej przez nas.

Jak więc mówić „nie” z troską?

  1. Pierwszy krok to przyznanie i wyrażenie tego głośno, że widzę, iż drugiej stronie naprawdę na czymś bardzo zależy i jestem jej pierwszą, może najważniejszą strategią, aby to się mogło dla niego/niej wydarzyć.
  2. Szczere podzielenie się informacją, że z pewnego powodu/ów nie chcę, nie mogę, nie mam ochoty tego zrobić. Najlepiej, gdybyśmy mogli się też podzielić tymi powodami z drugą stroną.
  3. Zaproponowanie innej strategii, która włącza także moje potrzeby pod uwagę i spełnia jednocześnie potrzeby drugiej strony (często jeśli zejdziemy głębiej do potrzeb, okazuje się że taka inna strategia jest jak najbardziej możliwa, choć gdy koncentrowaliśmy się wcześniej na rozwiązaniu, nie było to takie oczywiste).W moim związku przez długi czas sprawa sporną i bardzo podgrzewającą negatywne emocje była kwestia wygodnej kanapy przed telewizorem. Dla mnie była idealnym miejscem do cichego relaksu, gdy tymczasem mój partner czasami w takich sytuacjach chciał oglądać telewizję. Wówczas dla mnie kończył się czas odpoczynku. Na jego prośbę, abym przeniosła się gdzieś indziej, nie było we mnie często autentycznego „tak”, więc albo robiłam to ze złością, albo zaczynaliśmy kłótnię, kto ma większe prawo do kanapy – ktoś, kto przyszedł pierwszy, czy ktoś kto chce oglądać telewizję, bo to jedyne miejsce do tego? Wiele kłótni później, sprawa skończyła się szybko, gdy poznałam metodę Nonviolent Communication i kiedy okazało się, że oboje byliśmy przyklejeni do jedynego możliwego według nas rozwiązania. Kiedy zeszliśmy na poziom potrzeb i okazało się, że w moim przypadku nie chodzi tylko o wygodę, ale także o cichy relaks, wpadliśmy na pomysł, że przecież telewizję można oglądać korzystając ze słuchawek. Więc moje autentyczne „nie, nie chcę przenieść się gdzieś indziej” wygenerowało sposób, który w nikim nie buduje poczucia żalu i nadużywania się w imię powiedzenia tak drugiej stronie. Równie dobrze mogło okazać się, że mój partner chce tak desperacko oglądać telewizję, bo potrzebuje oderwania od stresu, a może mieć na to także inne, może nawet bardziej wspierające w tym metody – przejażdżkę na rowerze, czy rozmowę z przyjacielem – patrz następny punkt.
  4. Zaproponowanie pomocy w burzy mózgów, aby pomóc znaleźć strategię, która mnie nie angażuje w sposób, którego nie chcę, a odpowiada na potrzeby drugiej strony.

Praktyka siódma

Poproszenie kogoś bliskiego, komu ufamy, żeby powiedział:

Nie musisz się starać. Możesz być sobą i być kochana. Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś.”

I zauważenie, co nam to robi. Jakie uczucia budzi, jakie myśli przychodzą nam do głowy, gdy to słyszymy? Mnie osobiście usłyszenie tych zdań przynosi duże wzruszenie i poczucie prawdziwej ulgi. Mam wrażenie, jakby nagle świat się powiększał, a moje możliwości rosły.

Praktyka siódma

Uświadamianie sobie jak manipuluję innymi, żeby dostać od nich miłość i aprobatę, i że kosztuje to mnie poczucie oddzielenia od nich – widzę ich wówczas tylko przedmiotowo, jako dostarczycieli „narkotyku”. Oraz poczucie oddzielenia od samej siebie: płacę za to swoją integralnością, rezygnacją z ważnych dla mnie wartości: troski o innych, brania ich pod uwagę, itp.

Praktyka ósma

Nie zawadzi też zauważyć, że gra w walczenie o miłość, aprobatę i przynależność ma zawsze dwie strony. I że często jesteśmy również tą z nich, która określa warunki dla innych. Może odświeżę sobie dawny wpis na ten temat: „Przestałabym kolonizować ludzi”, aby mieć więcej świadomości wokół tego, jak wykorzystuję naturalną potrzebę miłości, głęboko obecną też przecież w innych innych, do stawiania im żądań?

Praktyka dziewiąta

A poniższy cytat przykleję sobie na lustro, żeby łatwiej było mi pozostać na obranym dziś kursie autentyczności i bycia sobą:

Prawdziwą miłością możemy zostać obdarzone dopiero wtedy, gdy odsłonimy się całkowicie. Kiedy odkryjemy, jakie naprawdę jesteśmy, kiedy ujawnimy swoją najprawdziwszą istotę. To ona zostanie pokochana.”, Robin Norwood

Hough

gdybymdorosla.com

… 12 ważnych rzeczy,które powiedziała mi babcia przed śmiercią …

babciaprawda

 

Kiedy moja babcia, Zelda, zmarła kilka lat temu, w wieku 90 lat, zostawiła mi pudełko, w którym znajdowały się rzeczy z jej domu. Pośród nich znalazł się oprawiony w skórę dziennik z wdzięcznym tytułem „Dziennik inspiracji”.

W drugiej połowie swojego życia, używała tego dziennika, aby zanotować pomysły, myśli, cytaty, teksty piosenek, i wszystko, co ją poruszyło. Czytała mi z niego fragmenty, gdy dorastałam, słuchałam uważnie i zadawałam jej pytania. Dziś chcę podzielić się z tymi inspirującymi fragmentami z Tobą.

1. Żyj przyszłością, miej za sobą przeszłość
Nie jest ważne, gdzie się znajdujesz i przez co musisz przejść, zawsze musisz wierzyć, że na końcu tunelu znajduje się światełko. Nigdy nie oczekuj czegoś, nie zakładaj i nie żądaj. Rób wszystko najlepiej i miej pod kontrolą swoje zachowanie, bo to, co zrobisz raz, już nie będziesz mieć szansy powtórzyć.

2. Życie może być proste!
Wystarczy skupić się na jednej rzeczy. Nie rób wszystkiego na raz, bądź uważny i rób wszystko z uwagą. To ile pracy włożysz w swoje życie, wróci do Ciebie z podwojoną mocą.

3. Niech inni biorą Cię za osobę taką, jaką jesteś.
Nie bój się wyrażać własnego zdania, nawet jeśli drży Ci głos, bo gdy jesteś sobą, wkładasz coś pięknego w porządek świata. Idź więc śmiało swoją ścieżką, ale nie oczekuj, że dla każdego będzie to zrozumiałe.

4.Nie jesteś tym, kim kiedyś byłaś i nie ma w tym nic złego.
Ktoś Cię skrzywdził, były wzloty i upadki, które sprawiły, że dziś jesteś inną osobą. Z biegiem czasu przeżyte doświadczenia zmieniają punkt widzenia i dają Ci lekcję, która zmusza do tego, aby zmienić podejście do pewnych kwestii. Zmieniasz się, ale w dalszym ciągu jesteś sobą, tylko z większym bagażem i z większą siłą niż wcześniej.

5. Wszystko, co się dzieje, pomaga się rozwijać, nawet gdy w danej chwili jest to dla Ciebie trudne.
Pewne sprawy kierują Tobą, poprawiają Twoje zachowanie i doskonalą Cię. Cokolwiek robisz, zawsze pamiętaj, że ma to dla Ciebie znaczenie.

6. Nie kształcić się być bogatym, kształć się, aby być szczęśliwym.
W ten sposób, gdy będziesz starszy dowiesz się o wartości tych rzeczy, a nie ceny. Pod koniec swojego życia zdasz sobie sprawę, że największym szczęściem jest uśmiech kochanej osoby, a nie ekstremalne życie w bogatym otoczeniu. Po prostu trzeba docenić chwile i czuć wdzięczność. To tak naprawdę jest prawdziwym bogactwem tego świata.

7. Myśl tylko pozytywnie.
Zrozum, że większa część Twojej niedoli i nieszczęścia jest zależna nie od okoliczności, ale od Twojej postawy. Uśmiechaj się nawet do ludzi, którzy są dla Ciebie niemili i wredni. Pokażesz im w ten sposób, co tracą i czego im w życiu brakuje oraz czego nie mogą Ci odebrać.

8. Zwróć szczególną uwagę na ludzi, na których Ci zależy.
Czasem gdy bliska osoba mówi Ci że ‚Wszystko jest w porządku’, Ty i tak wiesz, że dzieje się coś nie tak, po prostu przytul tę osobę i powiedz jej, że zawsze jej pomożesz i będziesz dla niej wsparciem. Nie zasmucaj się, jeśli ktoś pamięta o Tobie tylko, gdy czegoś potrzebuje. Pomyśl o tym, że jesteś dla nich jak latarnia, która świeci w ich umysłach, gdy zapada ciemność w ich życiu.

9. Czasem musisz pozwolić komuś odejść, aby ta osoba mogła rozwinąć skrzydła.
Ponieważ, w ciągu życia tej osoby, nie jest ważne co Ty dla niej zrobiłeś, tylko to czego jej nauczyłeś dla niej samej, co zrobi z niej pełnego sukcesów człowieka. Poza tym każdy musi żyć po swojemu i doświadczyć na własnej skórze błędów.

10. Czasem osiągnięcie jakiegoś celu oznacza oddalenie się od osób, które działają na Twoją szkodę.
Zrób w swoim życiu miejsce dla tych, którzy zawsze Cię wspierają i akceptują Twoje decyzje. Sam powinieneś się zorientować, kto Cię szczerze wspiera i pomaga się rozwijać.

11. Lepiej spojrzeć na życie i powiedzieć: „Nie wierzę, że to zrobiłem”, niż spojrzeć wstecz i powiedzieć: „Żałuję, że tego nie zrobiłem.”
Pod koniec Twojego życia ludzie tak czy tak będą Cie postrzegać w jakiś sposób, więc nie żyj aby zaimponować innym, tylko żyj aby zaimponować sobie. Kochaj siebie i rób wszystko by być szczęśliwym, ponieważ jesteś jedyną osobą, z którą będziesz musiał się ‚męczyć’ do końca życia.

12. Jeśli szukasz szczęśliwego zakończenia, ale wydaje Ci się, że jednak go nie znajdziesz, być może nadszedł czas, by zacząć szukać nowego początku?
Każdy z nas popełnia błędy od czasu do czasu, ale ważne jest to aby potrafić wyciągać z nich wnioski i potrafić się dzięki nim uczyć. Nie pozwól na to by coś Cie zniszczyło. Jeśli widzisz, że coś Ci ewidentnie nie idzie, zacznij od początku!

webniusy.pl