… fragment wywiadu …

#love

 

JOHANNES KAUP: W jednym z nagłówków Pańskich książek przeczytałem,

że przez zakochanie stajemy się ślepi, a przez miłość zaczynamy widzieć.

Czy można to tak ująć? Czyżby zakochanie lub ekstaza nie były czymś należącym do człowieka właściwie od zarania dziejów?

Czymś, za czym nieustannie tęskni, i za czym nieustannie tęskni również będąc w stałym związku, być może również z tą

osobą, i gdzie można by powiedzieć: To są wzloty związku, kiedy znów wspólne spojrzenie może wydostać się na powierzchnię, wspólne uczucie zakochania się na nowo? W rzeczywistości często doświadczamy, że nie jest to możliwe, albo że zwyczajność i przyzwyczajenie dnia codziennego i brzemiona związku i skargi go przygniatają. Ale jeszcze raz: Czy zakochanie i miłość są rzeczywiście czymś tak bardzo rozłącznym, swoim przeciwieństwem?

 

 

BERT HELLINGER: Tak. W przypadku zakochania mam obraz drugiej osoby nie znając jej. Jeszcze jej nie widzę. Widzę w znacznym stopniu obraz, jakiego bym sobie życzył. Kiedy przychodzi spełnienie, powoli zaczyna się widzieć drugą osobę taką, jaka jest naprawdę. Zgodzić się na to, zgodzić się na drugą

osobę, taką jaka jest, na jej wielkość i jej słabości, to jest miłość.

W zakochaniu zgadzam się na drugą osobę taką, jaką ją sobie wyobrażam, a nie taką, jaka jest. Dlatego warunkiem miłości jest przebudzenie z zakochania. To, co Pan powiedział, że można sobie przypomnieć początki, jest oczywiście piękne. Zapładnia to miłość przez radość początku. Jeśli teraz połączymy patrzenie na druga osobę, taką jak jest, zgodę na druga osobę, taką jaka jest, ze wspomnieniem tej wczesnej radości, wtedy owszem, ma to działanie wspomagające, i również uzdrawiające.

FB / Bert Hellinger 

 

obraz: mayyourhopenotbehidden.tumblr.com

… wbrew …

 

Cosmos

 

obraz: taringa.net

… trzeba zapiąć pasy …

.

 

Powinniśmy dawno się nauczyć, że serce trzeba zapiąć w pasy. Droga jeży się od niebezpieczeństw, ale my nigdy nie zapinamy tego cholernego pasa.

Jonathan Carroll

 

obraz: missingsisterstill.tumblr.com

… nie tylko na grządki róż …

 

Climbing roses on a tree!  Why haven't I thought of this???

 

obraz: Mohamed Haykal / flickr.com

… wewnętrzne dziecko …

Gdy znika twoje wewnętrzne dziecko, znikasz i Ty…

 

Nie zajmuję się naprawianiem świata tylko ludzi. Przychodzą do mnie w momentach kryzysów: małżeńskiego, zawodowego, rodzinnego. I wszystkie te spotkania prowadzą nas w przeszłość – do starych ran, bólu, strachu, wściekłości, samotności, odrzucenia, niekochania. Większość tych emocji została wyparta z naszej świadomości, by podtrzymać miłość do swych rodziców. Stłumione emocje jednak nie wyparowały. Wewnętrzne dziecko w dorosłym życiu daje o sobie znać.

Jakie było twoje dzieciństwo? Na to pytanie większość osób odpowiada w sposób pozytywny: „normalne”, „nic szczególnego”, zdarzają się odpowiedzi mówiące o „szczęśliwym dzieciństwie”. Jakie było twoje? Co pamiętasz? Przypomnij sobie kilka scen z dzieciństwa. Jest miło, prawda? Budzi się nostalgia. A teraz dobrze byłoby sięgnąć do tych zdarzeń z dzieciństwa, których być może nawet nie pamiętasz, a które zaważyły na twoim obecnym życiu. Tych mniej przyjemnych wspomnień. One zostały zmagazynowane w naszym ciele i w wieku dorosłym mogą powodować mniej lub bardziej dokuczliwe symptomy. Można cierpieć na depresję, napady paniki, gwałtowne wybuchy agresji zwrócone przeciwko otoczeniu, dzieciom, sobie. Można krok po kroku rujnować swoje życie, nie uświadamiając sobie przyczyny strachu, wściekłości lub poczucia beznadziei.

Jeśli 30-letnia kobieta mówi, że „ona się już urodziła taka beznadziejna”, to znaczy że przez 30 lat winiła siebie za to, jak wygląda jej życie. No bo kogo miała winić? Rodziców? Rodziców trzeba kochać i szanować. Większość osób idealizuje swoje dzieciństwo i usprawiedliwia doznane niegdyś krzywdy a o trudnych przeżyciach opowiada bez emocji. Nawet, jeśli pamiętamy razy, czy inne akty agresji staramy się do nich podejść racjonalnie. Usprawiedliwiamy rodziców. Mówimy o kilku klapsach, nie mających żadnego znaczenia, na które „naprawdę sobie zasłużyłam, bo byłem nieznośny i grałem rodzicom na nerwach”. Rodzice są przedstawiani jako biedni, przeciążeni, nieszczęśliwi ludzie, którzy sami wzrastali bez miłości. Nic więc dziwnego, że tracili cierpliwość i tak łatwo im było użyć siły, czy szantażu emocjonalnego wobec dziecka. I nie to jest jeszcze najgorsze, że nie potrafimy oddać szacunku dziecku, którym kiedyś byliśmy i uznać, że ono wtedy cierpiało. Najgorsze jest poczucie winy, z jakim żyjemy obarczając się odpowiedzialnością za to, że nasi rodzice nie byli szczęśliwi i przez to nie mogli nas wystarczająco dobrze kochać. Przez całe dzieciństwo staramy się uratować rodziców, sprawić aby byli szczęśliwi. Kiedy ponosimy klęskę, bo nie da się uratować nikogo wbrew jemu samemu, popadamy w nie kończącą się spiralę poczucia winy. Teraz sami miewamy ataki złości, które najprościej nam odreagować na własnych dzieciach. Koło poczucia winy się zamyka. „Nienawidzę siebie za te chwile ślepego gniewu i furii. Dlaczego tracę kontrolę a potem zżerają mnie wyrzuty sumienia? Co mogę z tym zrobić?”.

Musimy wziąć odpowiedzialność za nasze obolałe wewnętrzne dziecko. Musimy zrozumieć dziecko, jakim byliśmy, uznać jego cierpienie i nie zaprzeczać temu dłużej. I choć znowu trzeba przejść przez te same zranienia, warto zaryzykować. Bo gdy wreszcie odważymy się spotkać z naszym dzieciństwem, otrzymujemy klucz do zrozumienia naszego nadciśnienia, nowotworów, bezsenności, naszych upokorzeń, życiowych upadków. Gdy odważamy się w końcu wziąć pod uwagę początki naszego życia, które nie zaczęło się, gdy mieliśmy 12 lat, lecz znacznie wcześniej, rzuca nam się w oczy logika tych wszystkich tajemniczych faktów. Zaczynamy rozumieć siebie. Dostrzegamy dziecko, jakim byliśmy. Z jego uczuciami i emocjami. Dziecko, które doznawało odrzucenia od najważniejszych osób na świecie. W dodatku nikt nie przybywał mu na ratunek, nikt nawet nie zauważał, że jest w niebezpieczeństwie. Ono samo z biegiem lat nauczyło się również lekceważyć swoje lęki, ignorować je a nawet naśmiewać się z nich. Niezwykła zdolność adaptacji. Teraz dorosłe dziecko płaci za to cenę.

Ale przychodzi taki dzień, że się budzi w swoim dorosłym życiu i pyta: „O co chodzi?”. I zaczyna szukać. Na początku nieco chaotycznie. Przegląda jakieś książki, czyta artykuły, rozmawia z ludźmi. Jeszcze nie wie czego szuka. Aż wreszcie natrafia na tą jedną książkę, a może jedno zdanie, które sprawia, że zaczyna rozumieć. I nie jest to jeszcze pełne zrozumienie, tylko przeczucie, że za tym kryje się jakaś prawda. Ale jest już coś, za czym może podążać. Już nie jest sam. Odnalazł skrzywdzone dziecko w swoim sercu.

Aby przeżyć czas, w którym dostajemy tak mało ciepła, szacunku i miłości, niezbędnych dzieciom do pełnego rozwoju, dokonujemy nieświadomej amnezji. Kasujemy wspomnienia, które nie są wygodne. Tworzymy na własny użytek selektywny album wspomnień z dzieciństwa. Przechowujemy tam wyłącznie obrazy chwil pogodnych czy ważnych. Nikomu o zdrowych zmysłach nie przyjdzie do głowy fotografowanie rodzinnych tragedii – awantur, bólu czy rozpaczy. Ten sam manewr przeprowadza twoja podświadomość. Tracimy pamięć, bo nie chcemy pamiętać tego, co było bolesne, upokarzające, smutne. Pragniemy żyć i wierzyć, że świat jest dobry mimo wszystko, że nasi rodzice kochają nas mimo wszystko. Ostatecznie nie mieliśmy większego wyboru. A ta decyzja miała wpływ na nasze zdrowie psychiczne a może nawet na życie. I tak oto, zamiast dzieciństwa mamy czarną dziurę, albo grzeczny album, który wyciągamy na specjalne okazje. W ten sposób skazaliśmy prawdę o nas na wygnanie. I ona od tego czasu ukrywa się w naszej podświadomości, prowadząc życie w konspiracji. A ty przeżywasz wewnętrzną schizofrenię. Raz jesteś mocnym, kompetentnym fachowcem, a raz małą dziewczynką, która chce tylko spokoju.

I to z nią trzeba się spotkać. Małą dziewczynką w tobie, która umiera ze strachu i poniżenia. Za każdym razem, kiedy tak wybiórczo opowiadasz o swoim dzieciństwie, czuje się po raz kolejny niechciana. Ile lat będziesz ją jeszcze odrzucać?

Przychodzi taki czas, kiedy postanawiamy doprowadzić do konfrontacji z samym sobą. Rodzi się w nas przekonanie, że wizja sielanki dzieciństwa może być obarczona skazą. Bo jeśli było tak dobrze, to dlaczego teraz jest tak źle? Coś się zepsuło? Ja się zepsułam? Może nigdy nie byłam dobra? Jeśli wchodzisz na takie tory myślenia, randka z wewnętrznym dzieckiem może być dla ciebie szansą na Nowe Ja.

Spotkałam się z twierdzeniem, że mit bajkowego dzieciństwa swoją popularność zawdzięcza jedynie powszechnemu zanikowi pamięci. Może to tylko insynuacje, może ciebie to nie dotyczy, bo twoje dzieciństwo naprawdę było szczęśliwe i masz do czego wracać w trudnych chwilach? Może twoje wewnętrzne dziecko jest twoim najlepszym przyjacielem, radosnym, pogodnym dzieciakiem.

Jeśli natomiast masz jakieś wątpliwości i chcesz sprawdzić, jakie są odczucia nieświadomej części ciebie, możesz przeprowadzić pewne ćwiczenie. Na moment wróć do przeszłości. W zamyśleniu pozwól sobie na automatyczną pisaninę. Weź na warsztat kilka z zaproponowanych zdań, lub wymyśl swoje i pisz odpowiedzi tak długo, aż te prawdziwe przebiją się przez warstwę ochronną, maskę, którą założyłaś lata temu.

Kocham moich rodziców, bo ..

Kocham moją mamę, bo …

Kocham mojego tatę, bo …

Byłem szczęśliwym dzieckiem, bo ..

Kiedy mój ojciec był zły, to .

Kiedy moja mama złościła się na mnie, to ..

Kiedy jako dziecko bałam się, to …

Kiedy słyszałam podniesione głosy rodziców, to ..

Gdyby ktoś mógł mi pomóc w tamtej sytuacji, to ..

Czego nie chcę kopiować po moich rodzicach?

Co zmieniłabym w moim dzieciństwie?

/           Beata Markowska                 solaris.rozwoj-osobisty.pl       /

Nasze Wewnętrzne Dzieci

Większość z nas ma przekonanie, że powinniśmy być jedną zintegrowaną osobowością. Tymczasem wszyscy mamy w swoim wnętrzu wiele różnych pod-osobowości. Każda z nich jest bardzo specyficzna, ma swoje własne potrzeby, pragnienia, poglądy i opinie. Na ogół silniej identyfikujemy się z jedną z nich. Jeżeli jesteś pracoholikiem, będziesz identyfikował się z pod-osobowością zainteresowaną tylko pracą, natomiast zignorujesz, wyprzesz lub odsuniesz na bok tę hedonistyczną, uwielbiającą oddawanie się przyjemnościom albo po prostu lubiącą leniuchować.

Każda z naszych pod-osobowości jest tak samo ważną i zasługującą na szacunek stroną naszej tożsamości. Jeśli dobrze je poznamy i wyrazimy, możemy osiągnąć wewnętrzną równowagę i spokój. Zaznajamianie się z tymi różnymi częściami naszego „Ja” jest fascynującym doświadczeniem. Lubię myśleć, że w moim wnętrzu mieszka rodzina. Pozwalam każdemu jej członkowi na odegranie swojej roli i pełną ekspresję, wtedy będzie ona żyła w harmonii.
Jednym z najważniejszych jej członków jest Wewnętrzne Dziecko. Tak naprawdę to mamy w sobie wiele dzieci w różnym wieku – od Niemowlęcia aż do Młodzieńca. Jednym z nich jest Czujące Wrażliwe Dziecko, będące bazą naszych emocji. Żeby więc nawiązać z nimi kontakt i móc je zaakceptować – musimy być z nim w kontakcie. Jest też Dziecko Rozbawione. Chce i umie się bawić, bo wszyscy jako małe dzieci robiliśmy to wspaniale. Mamy w sobie także Magiczne Dziecko – naturalnie połączone z magią Wszechświata. Jako dzieci mieliśmy bezpośredni dostęp do innych wymiarów. Niektórzy z nas widzieli elfy, duchy natury, rozmawiali z krasnoludkami lub niewidzialnymi przyjaciółmi. Niestety, to połączenie większość z nas traci w procesie dorastania. Jest w nas też Mądre Dziecko, które wie i widzi wszystko. Zna prawdę i mówi tylko prawdę. Wie, co czuje, i co czują inni.
Wewnętrzne Dziecko ma także klucz do naszej kreatywności. Wszyscy wiemy, jak twórcze są dzieci – bez końca wymyślają różne gry i zabawy, lubią rysować, malować, wymyślać piosenki, tańczyć. Niedawno obserwowałam małą dziewczynkę, która postanowiła być „głupią myszką” – biegała, rozrzucała klocki i śmiała się do rozpuku. Ilu z nas taka zabawa uratowałaby przed depresją i chorobami?

Kontakt z Wewnętrznym Dzieckiem wyzwala tę część nas, która nie boi się próbować nowych rzeczy. Jeżeli masz ochotę zrobić coś, czego jeszcze nie robiłeś – śpiewać, malować czy lepić garnki z gliny – to zrób to jak najszybciej, nie myśląc o tym, jak zostaniesz oceniony! Właśnie w ten sposób możemy uwolnić swoją kreatywność – poprzez wyzwolenie Dziecka, które po prostu chce się bawić. Dzieci nie boją się być inne, nie boją się ryzykować, aby zaspokoić swoją ciekawość.
Im dłużej pomagam ludziom w skontaktowaniu się z Wewnętrznym Dzieckiem, tym wyraźniej widzę, jak ten proces pomaga w rozwinięciu twórczego potencjału, w zdobywaniu większej niezależności, podnoszeniu poczucia własnej wartości, a także w przekraczaniu winy, niepożądanych nawyków, nadmiernego krytycyzmu i… wstydu. Im bliżej jesteśmy Wewnętrznego Dziecka, tym lepszymi rodzicami się stajemy. Wewnętrzne Dziecko ma także klucz do bliskości w związkach z innymi ludźmi. Czuje ono najgłębsze emocje, naprawdę potrafi kochać, jest wrażliwe, otwarte i bezbronne. Nie możesz doświadczyć prawdziwej bliskości z partnerem, jeżeli nie jesteś otwarty na miłość i bezbronny. To właśnie Wrażliwe Dziecko pozwala nam zbliżyć się do ludzi. Jeżeli nie będziemy w kontakcie z nim, nigdy nie doświadczymy prawdziwej intymności w związku partnerskim.
Niestety, większość z nas wyparła swoje Wewnętrzne Dziecko lub zapomniała o nim. Bardzo wcześnie odkryliśmy, że świat nie jest bezpiecznym miejscem, i wznosimy coraz potężniejsze mury obronne wokół Dziecka. Wytwarzamy również dla niego coraz więcej mechanizmów przeżycia. Wreszcie zostaje ono przywalone stertą gruzu w naszym wnętrzu. I właśnie w takim stanie funkcjonuje większość z nas. Dziecko ukryte jest tak głęboko, że nawet nie pamiętamy o jego istnieniu. Jak automaty uruchamiane są nasze systemy obronne i mechanizmy przeżycia. Zapominamy, że robimy to, by chronić nasze Wewnętrzne Dziecko. A ono cierpi, gdyż potrzeby jego nie są zaspokajane. Desperacko się o to upomina i zaspokajanie jego potrzeb staje się główną, choć nieuświadomioną motywacją naszych działań. Wtedy na przykład możemy rozwinąć pod-osobowość Pracoholika. Pracujemy ciężko, przez całe życie usiłując zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, by Dziecko czuło się bezpiecznie. Osiągamy sukces i dziwimy się, że nie daje nam to satysfakcji. A dzieje się tak, bo zapomnieliśmy o Dziecku, którego bezpieczeństwo było głównym motorem naszego działania. Czasami nie pozwala nam ono na osiągnięcie sukcesu, ponieważ wie, że jego potrzeby nie będą w ten sposób zaspokojone. W sprytny sposób będzie nas dotąd blokowało, aż się nim zaopiekujemy, otoczymy miłością, zaczniemy spędzać z nim więcej czasu, bawić się, słuchać jego potrzeb.
Tak więc prawdziwym wyzwaniem jest skontaktowanie się z Wewnętrznym Dzieckiem, świadoma opieka nad nim, zaspokajanie jego potrzeb. To automatycznie pozwoli nam na osiągnięcie równowagi i określenie naszego systemu wartości. Jeżeli naszemu Wewnętrznemu Dziecku damy miłość, uwagę, kontakt, radość, możliwość uczciwego, kreatywnego wyrażenia siebie – to nareszcie będziemy mogli być w pełni sobą.

Jak się z nim skontaktować? Jest wiele sposobów. Możemy to zrobić śpiewając, tańcząc, malując, rysując, przebywając z dziećmi i bawiąc się z nimi. Pomaga także przebywanie na łonie natury i kontakt ze zwierzętami. Jedna z uczestniczek mojego treningu uzdrowienia Wewnętrznego Dziecka w Krakowie wyszła przed całą grupę i recytowała wierszyki zawstydzonym, sepleniącym głosem – w ten sposób nawiązała kontakt ze swoją Małą Dziewczynką. Możemy też po prostu kupić sobie ulubioną zabawkę z dzieciństwa lub pluszowego misia. Możemy też wykorzystać lustro: popatrzeć sobie w oczy i zapytać swoją Wewnętrzną Dziewczynkę czy Chłopczyka: „Co mogę dzisiaj dla Ciebie zrobić?”, następnie poczekać na odpowiedź i zrobić to! Spełnijmy codziennie jedną prośbę swojego Dziecka, a nasze życie zacznie się zmieniać. Powiedzmy mu też codziennie: „Kocham Cię i nigdy Cię nie opuszczę!”.


/              Ewa Foley          /

Znalezione obrazy dla zapytania obrazki wewnetrzne dziecko

Utrata niewinności,czyli jak zabijamy Wewnętrzne Dziecko

Ludzie z natury są bardzo wrażliwi.  Jesteśmy tak emocjonalni, ponieważ wszystko odbieramy poprzez na­sze emocje. Emocje są jak radio, które można nastroić na odbiór pewnych częstotliwości. Naturalną częstotli­wością istot ludzkich przed udomowieniem jest radość życia i chęć jego poznawania. Jesteśmy nastrojeni na mi­łość.Jako dzieci nie znamy definicji miłości jako pojęcia abstrakcyjnego. Po prostu kochamy, bo tacy jesteśmy.

W ciało emocjonalne wbudowany jest system alar­mowy, który powiadamia nas, gdy coś idzie źle. To samo jest z ciałem fizycznym. Ma ono system alarmo­wy, który ostrzega, że coś się w nim psuje. Nazywamy to bólem. Ból oznacza, że coś złego dzieje się z na­szym ciałem, o które powinniśmy dbać. Systemem alarmowym dla emocji jest lęk. Jeśli się boimy, to znaczy, że coś jest nie tak – może nawet zagraża nam niebezpieczeństwo utraty życia.

 Jako dzieci nie znamy definicji miłości
jako pojęcia abstrakcyjnego. Po prostu
kochamy, bo tacy jesteśmy.

Człowiek odbiera emocje nie za pośrednictwem wzroku, ale poprzez ciało emocjonalne. Dzieci po prostu odczuwają emocje, a ich świeży umysł ani ich nie interpretuje, ani nie podważa.

 To dlatego dzieci akceptują pewnych ludzi i odrzucają innych. Kiedy nie są kogoś pewne, odrzucają go, ponieważ wyczu­wają emocje, które ta osoba wysyła. Dzieci łatwo od­gadują, że ktoś jest zdenerwowany, zły. System alar­mowy dziecka wytwarza pewną dozę lęku, który ostrze­ga: „Nie zbliżaj się!” – dzieci poddają się temu in­stynktowi i nie podchodzą.

Uczymy się emocji zgodnie z atmosferą panującą w naszym domu i naszymi indywidualnymi reakcja­mi. Dlatego brat i siostra wychowani w tym samym domu reagują różnie. Każde z nich inaczej uczy się bronić i przystosowywać do najprzeróżniejszych sy­tuacji. Kiedy nasi rodzice nieustannie walczą, kiedy w domu panuje dysharmonia, brak szacunku i kłam­stwo, uczymy się emocjonalnych sposobów upodob­niania się do nich. Nawet jeśli mówią nam, żeby ich nie naśladować i nie kłamać, emocjonalna energia naszych rodziców, całej naszej rodziny, zmusza nas do odbierania świata w bardzo podobny sposób Energia emocjonalna, jaka panuje w rodzinie, na­straja nasze emocje na swoją częstotliwość. Emocje stopniowo zmieniają ton i nie jest to już ton nor­malny dla człowieka. Zaczynamy bawić się w gry dorosłych, gry zewnętrznego Snu i w końcu przegry­wamy. Przegrywamy, bezpowrotnie tracąc niewin­ność, wolność, szczęście i zdolność do miłości. Zmuszono nas, żebyśmy się zmienili, i teraz zaczę­liśmy widzieć inny świat, inną rzeczywistość: rzeczy­wistość niesprawiedliwości, emocjonalnego bólu i emocjonalnej trucizny. Witajcie w piekle! – pie­kle, które ludzie tworzą sami dla siebie, które jest Snem Planety. Wchodzimy do tego piekła, choć nie jest to nasz osobisty wynalazek. Istniało długo przed naszymi narodzinami.

Obserwując dzieci, zobaczymy, w jaki sposób ule­ga zniszczeniu prawdziwa miłość i wolność. Wyobraź­my sobie dwu- lub trzyletnie dziecko bawiące się i biegające po parku. Jest przy nim mama. Bacznie obserwuje i boi się, aby dziecko nie upadło i nie zrobiło sobie krzywdy. W pewnym momencie chce je powstrzymać, a dziecko myśli, że mama się z nim bawi. Ucieka więc od niej jeszcze szybciej. Po ulicy przylegającej do parku mkną samochody, co wpra­wia matkę w jeszcze większe przerażenie. W końcu łapie dziecko. Ono spodziewa się, że matka będzie się z nim bawić, a tymczasem dostaje klapsa. To jest szok. Szczęście dziecka było wyrazem miłości płyną­cej z jego wnętrza. Nie rozumie, dlaczego matka tak zareagowała. W ten sposób krok po kroku niszczo­na jest w nim miłość. Dziecko nie zna słów, ale i tak całym sobą pyta pełne wyrzutu – „Dlaczego?”

Bieganie, zabawa, są wyrazami miłości. Miłość prze­staje jednak być bezpieczna, przecież rodzice karzą cię, kiedy ją wyrażasz. Stawiają cię do kąta, zabraniają robić to, na co miałbyś ochotę. Mówią ci, że jesteś złym chłopcem albo niegrzeczną dziewczynką… to jest przygnębiające, to jest kara.

W systemie nagród i kar istnieje poczucie spra­wiedliwości i niesprawiedliwości, tego, co jest w porządku i tego, co w porządku nie jest. Poczucie nie­sprawiedliwości jest jak nóż, który zadaje emocjonal­ne rany, a ranę może jeszcze dodatkowo zakazić emo­cjonalna trucizna. Dlaczego tak się dzieje? Popatrzmy na inny przykład.

Wyobraź sobie, że masz dwa lub trzy lata. Jesteś szczęśliwy, bawisz się, odkrywasz świat. Nie jesteś świa­dom tego, co dobre, a co złe, co jest słuszne, co na­leży robić, dlatego że jeszcze nie zostałeś udomowiony. Bawisz się w pokoju wszystkim, co cię otacza. Nie masz żadnych złych zamiarów, nie próbujesz niczego popsuć, ale bawisz się gitarą taty. Dla ciebie to za­bawka taka jak inne, absolutnie nie próbujesz zaszko­dzić ojcu ani go zranić. Ale tata ma jeden z tych dni, kiedy jest poirytowany. Ma problemy w firmie. Wcho­dzi do pokoju i widzi, że bawisz się jego rzeczami! Natychmiast wybucha, chwyta cię i spuszcza lanie.

Z twojego punktu widzenia jest to niesprawiedli­wość. To on przyszedł zdenerwowany, wyładował na tobie złość, zranił. Był kimś, komu bezgranicznie ufa­łeś. Przecież jest twoim ojcem, kimś, kto zazwyczaj cię broni, pozwala ci się bawić i pozwala być sobą. Teraz stało się coś niepojętego. Poczucie niespra­wiedliwości jest jak ból serca. Zostałeś dotknięty, to boli, sprawia, że płaczesz. Płaczesz nie dlatego, że dostałeś klapsa. Nie chodzi o przemoc fizyczną, nie to cię zraniło, przemoc emocjonalna jest, jak czujesz, niesprawiedliwa.  Przecież ty nic nie zrobiłeś!

Poczucie krzywdy otwiera ranę w twoim umyśle. Twoje emocje zostały zranione i w tym momencie straciłeś jakąś cząstkę swej niewinności. Nauczyłeś się, że nie zawsze możesz ufać ojcu. Nawet jeśli twój umysł jeszcze tego nie wie, bo jeszcze nie potrafi analizo­wać, ale już rozumie. „Nie wolno mu ufać!” Twoje emocje mówią ci, że są sytuacje, kiedy nie wolno ufać, i mówią ci też, że to się może powtarzać.

Twoją reakcją może być lęk, złość, nieśmiałość lub po prostu płacz. Tak czy inaczej reakcja jest już emo­cjonalną trucizną, ponieważ normalną reakcją przed udomowieniem jest chęć odwetu – twój tata dał ci klapsa, a ty masz ochotę mu oddać. Oddajesz mu albo tylko podnosisz rękę, żeby to zrobić, a to spra­wia, że ojciec gniewa się na ciebie jeszcze bardziej. Większa złość oznacza większą karę. Teraz wiesz, że gotów jest cię skrzywdzić. Boisz się, ale już się nie bronisz, bo wiesz, że to tylko pogorszy twoją sytuację.

Wciąż nie rozumiesz dlaczego, ale wiesz, że twój ojciec zdolny jest do wszystkiego. To otwiera piekącą ranę. Przedtem twój umysł był absolutnie zdrowy, a ty byłeś niewinny i ufny. Potem rozważny umysł próbuje zrobić coś z tym doświadczeniem. Uczysz się re­agować w określony, twój własny, indywidualny spo­sób. Zatrzymujesz emocje w sobie, a to zmienia twój sposób życia. Teraz coraz częściej będą się powtarzać podobne doświadczenia – niesprawiedliwość ze stro­ny mamy, taty, braci, sióstr, wujków i ciotek, szkoły, społeczeństwa, każdego. Z każdym nowym lękiem uczysz się samoobrony, ale już nie takiej, jaką posługiwaleś się przed udomowieniem, kiedy umiałeś bro­nić się, nie przerywając zabawy.

Ponadto zranieniu towarzyszy coś, co z początku nie stanowi zbyt wielkiego problemu – emocjonalna trucizna. Z czasem kumuluje się i nasz umysł podej­muje z nią swoistą grę. Powoli zaczynamy bać się przyszłości, bo zachowaliśmy wspomnienie trucizny i nie chcemy, żeby to, co niemiłe, powtórzyło się.

Pamiętamy także akceptację, kiedy tata i mama byli dla nas dobrzy i żyliśmy w harmonii. Pragniemy harmonii, ale nie potrafimy jej stworzyć. Ponieważ żyjemy w świecie własnej percepcji, sądzimy, że wszystko, co dzieje się wokół nas, dzieje się przez nas. Wierzymy, że mama i tata walczą ze sobą z naszego powodu, na­wet jeśli nie ma to z nami nic wspólnego.

Z każdym dniem tracimy niewinność.

Gromadzi­my urazy i już nie przebaczamy.

Z czasem wszystkie najdrobniejsze nawet zdarzenia i ich konsekwencje uświadamiają nam, że nie jest bezpiecznie być kimś, kim jesteśmy naprawdę. Z każdym tak jest. Poszcze­gólni ludzie różnią się tylko intensywnością odczuć, która zależy od indywidualnej inteligencji, poziomu wykształcenia i wielu innych rzeczy. Jeśli masz szczę­ście, udomowienie nie jest zbyt silne. Ale jeśli masz pecha, udomowienie może być tak silne, a rany tak głębokie, że nawet nie będziesz miał odwagi mówić. Będziesz się tłumaczył: „Jestem nieśmiały”, a tymcza­sem nieśmiałość jest lękiem przed otwartym wyraża­niem swojej osobowości. Możesz wierzyć, że nie po­trafisz tańczyć lub śpiewać, jednak wszystkie niemoż­ności biorą się z tłumienia normalnego ludzkiego instynktu okazywania miłości.

/   fragment z : Ruiz Don Miguel – Ścieżka Miłości. Sztuka budowania związków

pobrano z: zenforest.wordpress.com /

 

Jeśli w którymś momencie życia zauważysz, że dziecko, którym kiedyś byłeś umarło, odeszło, lub zostało zamknięte w małej przestrzeni dawnych wspomnień, rzuć wszystko i biegnij je odszukać. Jeśli będzie trzeba, pokonaj góry, lasy i rzeki, ale odnajdź je i przyjmij tak, jak najważniejszego członka swojej rodziny. Bo gdy odchodzi twoje dziecko, kończy się wszystko. Gdy znika twoje wewnętrzne dziecko, znikasz i Ty…

FB / Drzewo Zycia

… fasolka szparagowa …

obraz: magazyn-kuchnia.pl

 

Dziwna rzecz z tą fasolką – z jednej strony czytam o niej, że rosła w Europie i w Azji, że występuje w Biblii, a starożytni Rzymianie i Grecy mieli nawet sporo związanych z nią przesądów, a zaraz potem dowiaduję się, że została sprowadzona przez Kolumba i jego następców z Ameryki. Więc jak to  z nią w końcu było?

 

Otóż wszystko zależy od tego, o których strączkowych mówimy. W dawnej Europie i na Bliskim Wschodzie hodowano i jedzono bób (Vicia fabia) – w osadzie z epoki kamienia w okolicach Nazaretu znaleziono stos jego skamieniałych ziaren, które pochodzą sprzed 6,5 tysięcy lat przed naszą erą. Inne nasiona, pochodzące sprzed

5 tysięcy lat, znajdowały się w miejscu starych osad na terenach Hiszpanii, Portugalii, Grecji, a także Europy Środkowej. Nie wiadomo, kiedy dokładnie bób pojawił się w Azji, ale w XVI wieku uprawiano go już tam na dużą skalę. Miał kilka odmian o ziarnach rozmaitej wielkości i różnym kształcie. Niektóre przypominały zielony groszek, inne były wielkie jak dzisiejsze, o barwach od czarnej poprzez beżową do białej. Stąd skojarzenie ze znaną nam dzisiaj fasolą. Do Ameryki popłynął w XVI wieku, mijając się w drodze z fasolą prawdziwą, tą z Nowego Świata, podróżującą w kierunku przeciwnym, czyli do Europy…

 

Fasola ta – rodzaj Phaseolus – liczy około 50 gatunków, bez wyjątku wywodzących się z Ameryki. Najważniejsze trzy to Phaselous vulgaris, znana także jako fasola zwykła, Phaselous coccineus – fasola wielokwiatowa albo Piękny Jaś oraz Phaselous lunatus – fasola półksiężycowata albo limeńska. Od tysięcy lat stanowiła podstawę jadłospisu Indian, dostarczając im wartościowego białka.

Mieszkańcy Peru i Meksyku hodowali ją już 7 tysięcy lat temu. W Europie nie od razu zrobiła furorę – przez długi czas była bardzo droga i na stołach, nawet pańskich, pojawiała się raczej rzadko. W dodatku kojarzyła się z bobem – pożywieniem biedaków, ciężkostrawnym, obciążającym żołądek i wzdymającym. Odkrycie, że młode, niedojrzałe strąki niektórych odmian fasoli zwykłej można gotować i jeść w całości jako niezwykle delikatne, lekkostrawne warzywo, przypisuje się Phillipowi Millerowi, który prowadził ogród botaniczny w Chelsea. Jednakże fasolka w tej postaci modna stała się dopiero w XIX wieku za sprawą Francuzów – znanych łasuchów, którzy nagle odkryli jej wspaniały smak kojarzący się ze smakiem szparagów i związane z tym kulinarne możliwości. Stąd jej dzisiejsze nazwy – fasolka szparagowa lub francuska. To Francuzi jako pierwsi zaczęli wymyślać potrawy z jej udziałem (mają ich blisko 100!). Za ich przykładem szybko poszli Włosi i Grecy i potem już cała Europa.

 

Fasolowe strączki są nie tylko smaczne i pożywne, ale i zdrowe. Dostarczają organizmowi cennych witamin (A, B1, B2, B6, C, E, K) oraz minerałów – znajdują się w niej między innymi wapń, potas, magnez, żelazo, cynk, mangan, miedź, sód i jod. W odróżnieniu od fasoli ziarnistej, która jest przede wszystkim źródłem pełnowartościowego białka roślinnego, strączkową ceni się za obecność aglutyniny. Związek ten powoduje unieszkodliwienie białek niezbędnych do rozwoju niektórych bakterii chorobotwórczych. Odgrywa zatem ogromną rolę w budowaniu odporności naszego organizmu. Prowadzone są też badania nad udziałem aglutyniny w zwalczaniu chorób nowotworowych.

Warzywa strączkowe – także fasolka szparagowa – pomagają w regulacji poziomu insuliny. Dr James Anderson z Uniwersytetu Kentucky na podstawie licznych doświadczeń przeprowadzonych w latach 90. stwierdził, że u osób chorych na cukrzycę typu I po przejściu na dietę fasolową zapotrzebowanie na insulinę zmniejszyło się o 38%. Zaś chorzy z cukrzycą typu II w ogóle mogli lek odstawić… Okazało się bowiem, że po spożyciu fasoli następuje bardzo powolny wzrost poziomu cukru we krwi – organizm nie potrzebuje więc dużych ilości insuliny, by go przetworzyć.

 

Ponadto badania kliniczne udowodniły, że w niedojrzałych strąkach znajduje się inozytol – substancja regulująca zaburzenia przemiany materii, wzmacniająca serce i pozwalająca łatwiej przyswoić wapń. Wiadomo, że brak tego składnika to główna przyczyna osteoporozy. Do tego w świeżych (nie suszonych) ziarnach jest nie zbadany jeszcze dokładnie związek, korzystnie wpływający na właściwy poziom białych ciałek krwi. Naukowcy podejrzewają, że zmniejsza on szkodliwy wpływ antybiotyków na funkcje życiowe organizmu.

 

Od lat zielarze odwarem ze strąków fasoli leczą schorzenia pęcherza, dróg moczowych i nerek, a także reumatyzm i dnę moczanową. Zwiększa on wydzielanie moczu, z którym usuwane są z ustroju toksyny i szkodliwe pozostałości procesów metabolicznych.

 

Fasolka szparagowa nazywana jest czasem warzywem kobiecym, gdyż zawiera kwas foliowy, ważny zwłaszcza dla pań w pierwszych miesiącach ciąży – to wtedy u płodu kształtuje się cewa nerwowa, czyli zalążek układu nerwowego, o której prawidłową budowę dba właśnie kwas foliowy.

Do tego dochodzą roślinne hormony, czyli fitoestrogeny, chroniące przed nowotworami piersi i szyjki macicy, a także zapobiegające nieprzyjemnym objawom związanym z okresem przekwitania, na przykład uderzeniom gorąca. Dbają one także o zdrowe kości – zwiększają nawet ich gęstość, pozwalając uniknąć osteoporozy.

 

Młoda fasolka szparagowa jest znacznie lżej strawna niż zwykła, ziarnista, nie stanowi więc dla żołądka obciążenia. Nie powoduje wzdęć ani gazów. Lubi ją też wątroba, ponieważ wspomaga oczyszczanie organizmu, regulując trawienie. Ma zaledwie 30 kcal w 100 g. Zawiera za to dużo cennego błonnika, który pomaga schudnąć. Pęczniejąc w przewodzie pokarmowym, szybko daje wrażenie sytości. Ponadto błonnik wiąże cząsteczki tłuszczu, nie pozwalając mu się odkładać w organizmie i zmniejszając poziom złego cholesterolu LDL.

Jak widać, fasolka szparagowa ma same zalety… A do tego można z niej przyrządzić mnóstwo smacznych potraw, co udowodnili nie tylko Francuzi.

Nie wolno jej jeść na surowo, ponieważ zawiera fazynę, substancję trującą, którą neutralizuje gotowanie – wystarczy 10 minut we wrzątku. Tak ugotowana jest chrupka i traci mniej witamin niż zupełnie miękka, ale co kto lubi. Najsmaczniejsza jest świeżo zerwana – im młodsza, tym pyszniejsza. Aby sprawdzić, czy na pewno jest świeża i nie „przerośnięta”, należy odłamać jeden z końców strączka i otworzyć go – powinien rozchylić się bez trudu, a przy tym nie mieć włókien. Nie należy fasolki przechowywać (chyba że zamrożoną) dłużej niż 3 dni, gdyż szybko traci świeżość i smak.

/            Beata Kondysar            naturaity.pl         /